Jesteśmy wściekłe na to, co stało się w Polsce


Kim była Savita Halappanavar?

Savita była w 17. tygodniu ciąży, kiedy pojawiła się na izbie przyjęć Szpitala Uniwersyteckiego w Galway. Niepokoiło ją złe samopoczucie i silny ból brzucha. Po badaniu okazało się, że w najbliższych godzinach kobieta poroni ciążę. To był październik 2012 roku. Według funkcjonującej od 1983 roku ósmej poprawki do irlandzkiej konstytucji płód miał wtedy takie samo prawo do życia jak ciężarna kobieta. Lekarze opiekujący się Savitą uznali, że zgodnie z prawem nie mogą legalnie przerwać ciąży, dopóki serce płodu nie przestanie bić. Postanowili więc czekać. W tym czasie u kobiety rozwinęła się sepsa, która w konsekwencji doprowadziła do jej śmierci. Savita miała 31 lat. Jej mąż twierdził, że widząc pogarszający się stan żony, wielokrotnie prosił lekarzy o przerwanie ciąży. Bez skutku.

Po śmierci Savity jasne stało się, że pozostawiono ją na śmierć z powodu ósmej poprawki do konstytucji. To był moment przebudzenia irlandzkiego społeczeństwa. Ludzie zobaczyli, że obowiązujące prawo faktycznie zabija kobiety, i wyszli na ulice. Na czuwaniach i demonstracjach pojawili się nawet ci, którzy nigdy wcześniej nie angażowali się w walkę o prawo aborcyjne. Infolinie w National Women’s Council nie przestawały dzwonić. Ludzie chcieli wiedzieć, jak mogą pomóc kobietom, bo to, co się stało, jest po prostu niewyobrażalnym złem. Duży wpływ na tak silną reakcję społeczną miał mąż Savity Praveen Halappanavar, który publicznie oświadczył, że jego żona zmarła z powodu ósmej poprawki.

Przenieśmy się na chwilę do roku 1983, gdy ósma poprawka – uznająca prawo do życia kobiety za równoważne z prawem do życia płodu – została wpisana do konstytucji. Opowiedz o społecznym kontekście, w jakim to się stało.

Aborcja w Irlandii była zakazana już w XIX wieku – także dla ciąży z gwałtu czy zagrażającej życiu kobiety. W praktyce wpisanie zakazu do konstytucji niczego nie zmieniło, ale uczyniło go znacznie trudniejszym do unieważnienia. Wymagało to przeprowadzenia referendum i zdobycia większości głosów.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale w 1983 roku w Irlandii nie istniały rozwody. Zaledwie od 1978 roku legalne było stosowanie antykoncepcji w małżeństwach. Natomiast gwałt, jeśli wydarzył się w małżeństwie, nie był przestępstwem aż do 1994 roku.

W 1983 roku wciąż kontrowersyjne wydawało się zajście w ciążę poza małżeństwem. Kobiety w takiej sytuacji albo wyjeżdżały za granicę, albo były wysyłane do tak zwanych domów matki i dziecka. Po narodzinach ich dzieci oddawano do adopcji przez pary małżeńskie.

Nadal funkcjonowały azyle sióstr magdalenek dla kobiet nieżyjących zgodnie z moralnością Kościoła katolickiego. Kobiety były w nich więzione, zmuszane do pracy, nadawano im nowe tożsamości. Niezwykle trudno było im opuścić te instytucje.

Można powiedzieć, że w 1983 roku kobiety należały do niższej kasty irlandzkiego społeczeństwa. Miały pozostać w domu i wychowywać dzieci, miały być posłuszne nauczaniu katolickich hierarchów i aparatowi państwa, który tworzył rusztowanie dla tego porządku.


Po śmierci Savity jasne stało się, że pozostawiono ją na śmierć z powodu ósmej poprawki do konstytucji (fot. Materiały prasowe / Derek Speirs)

Czyli ósma poprawka do konstytucji ostatecznie przypieczętowała zależność państwa od Kościoła katolickiego?

Myślę, że Kościół, mimo silnej pozycji, jaką miał w tamtym czasie, bał się liberalnych zmian, które mogły w niedalekiej przyszłości zmienić irlandzkie społeczeństwo. W latach 80. było już widoczne ich światło. Nawet kampania, którą środowiska feministyczne i organizacje działające na rzecz praw kobiet przeprowadziły przed referendum dotyczącym ósmej poprawki, była dowodem na to, że idzie nowe. Choć ostatecznie ponad 60 proc. głosujących opowiedziało się za zrównaniem prawa do życia płodu i ciężarnej kobiety. To był wielki pokaz władzy, jaką Kościół katolicki sprawował nad kobietami i ich prawami reprodukcyjnymi.

I władzy nad prawem kobiet do życia.

Oczywiście. W 1992 roku głośna stała się sprawa 14-letniej dziewczyny, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu i zamierzała ją przerwać w Wielkiej Brytanii. Wyjazd został udaremniony decyzją sądu. Dziewczyna miała zostać w Irlandii i urodzić dziecko. Gdy z powodu ogromnej traumy chciała popełnić samobójstwo, sprawę skierowano do Sądu Najwyższego, który zezwolił na wyjazd, uzasadniając orzeczenie zagrożeniem życia matki. Jej historia – znana w Irlandii jako przypadek X – rozpoczęła dyskusję o tym, czy ciężarne Irlandki mają prawo do przerywania ciąży za granicą. Jeszcze w tym samym roku odbyło się w tej sprawie referendum. Na szczęście podróże stały się legalne. W kolejnym referendum Irlandczycy zdecydowali, że kobiety mogą legalnie pozyskiwać informacje na temat możliwości dokonania aborcji za granicą – czyli przed 1992 rokiem nawet próba dowiedzenia się czegokolwiek była przestępstwem!

Walka o usunięcie ósmej poprawki z konstytucji trwała 35 lat. Co wpłynęło na zmianę postawy Irlandczyków?

Bardzo ważnym momentem było referendum dotyczące równości małżeńskiej, czyli prawa do zawierania małżeństw przez pary jednopłciowe, przeprowadzone w 2015 roku. Za równością opowiedziało się wówczas 62 proc. głosujących przy frekwencji sięgającej 61 proc. Nagle okazało się, że istnieje bardziej progresywne oblicze Irlandii.

Bardzo istotną rolę w naszej walce odegrały też skargi kierowane przez Irlandki do międzynarodowych instytucji. Dotyczyły przede wszystkim braku dostępu do przerywania ciąży w przypadku komplikacji medycznych, które zagrażały życiu kobiet. Rząd irlandzki po kolei je przegrywał i był zmuszony do wypłaty ogromnych odszkodowań. Cierpiał nasz wizerunek na arenie międzynarodowej. Postrzegano nas jako zaściankowych konserwatystów o ograniczonych horyzontach, a przecież chcieliśmy budować nowoczesne państwo. To na pewno zwiększyło presję i zmusiło rząd do myślenia o zmianie prawa.

Dlaczego referendum w sprawie ósmej poprawki odbyło się dopiero sześć lat po śmierci Savity Halappanavar?

Bo to była decyzja polityczna, a kolejne rządy, zdominowane przez prawicę bądź centroprawicę, nie paliły się do jej podjęcia. Ci politycy nie zwykli walczyć o prawa reprodukcyjne kobiet. Musieli być więc pewni, że większość społeczeństwa chce takiego referendum, a tym samym chce wprowadzenia zmian w dostępie do aborcji. Zanim podjęli więc decyzję o zorganizowaniu referendum, zwołali panel obywatelski.

Co to takiego?

Panel obywatelski tworzy 99 losowo wybranych Irlandczyków. Jednocześnie ich wybór musi odpowiadać zróżnicowaniu społeczeństwa pod względem płci, wieku, wykształcenia, położenia geograficznego i tak dalej. Obywatele spotykają się, by omawiać konkretne kwestie związane z danym problemem. Podobny panel odbył się także przed referendum o równości małżeńskiej. Podczas zgromadzenia dotyczącego aborcji obywatele zapoznawali się z danymi dotyczącymi tego, ile kobiet przerywa ciążę, ile podróżuje, jaki jest dostęp do pigułek poronnych i tak dalej. Jeśli na spotkania byli zapraszani eksperci, na przykład lekarze, to zawsze musieli reprezentować zróżnicowane poglądy. Byli więc tacy, którzy mówili, że ósma poprawka zagraża życiu kobiet, ale i tacy, którzy twierdzili, że prawo chroni życie nienarodzonych. Głos mieli też aktywiści z różnych stron sporu. Obywatele długo dyskutowali, a następnie głosowali nad konkretnymi propozycjami zmiany prawa.

Panel obywatelski był waszym pierwszym zwycięstwem.

Na początku nie byłyśmy zadowolone z decyzji o jego zwołaniu. Jako aktywistki działające od wielu lat na rzecz zmiany prawa uważałyśmy, że rząd chowa się za obywatelami i w ten sposób po raz kolejny unika politycznej odpowiedzialności. Na spotkania panelu trzeba było przeznaczyć mnóstwo czasu, więc referendum zostało przesunięte o kolejny rok. A już w tamtym czasie istniało wiele badań pokazujących, że Irlandczycy w większości chcą usunięcia ósmej poprawki z konstytucji. Z drugiej strony nie było wiadomo, jakie konkretne zmiany dotyczące liberalizacji prawa aborcyjnego byliby skłonni poprzeć.

Panel obywatelski rozjaśnił więc te wątpliwości?

Podczas panelu obywatele poddawali pod głosowanie każdą kwestię dotyczącą ewentualnej zmiany prawa. Nie chodziło jedynie o proste”za” lub “przeciw”. Głosowano na przykład, czy wystarczającym powodem przerwania ciąży są gwałt, konkretne przyczyny medyczne, stan psychiczny kobiety i tak dalej. Po każdym głosowaniu okazywało się, że większość uczestników panelu opowiada się za szerokim dostępem do aborcji. Potem głosowano, do którego tygodnia aborcja powinna być dostępna na żądanie. Okazało się, że przytłaczająca większość dopuszcza przerwanie ciąży bez podania powodu do 16. tygodnia włącznie!

Panel obywatelski odegrał więc kluczową rolę w decyzji o ogłoszeniu referendum, ponieważ dopiero wtedy politycy zobaczyli, że nie tylko aktywiści chcą zmiany prawa, ale i całe społeczeństwo, którego panel był przecież soczewką. Rekomendacje przygotowane przez obywateli skierowano do dalszych prac w komisji sejmowej i ogłoszono referendum. Politycy, którzy do tej pory bali się jednoznacznie wypowiadać na temat liberalizacji prawa aborcyjnego, po panelu poczuli wiatr w żaglach i podczas prac komisji dbali, by przyszłe zmiany zapewniały jak najszerszy dostęp do aborcji. Nawet niektórzy reprezentanci prawicy zaczęli popierać wprowadzenie zmian w prawie.

Skoro społeczeństwo okazało się tak progresywne, dlaczego jako inicjatywa Together for Yes podczas kampanii referendalnej ukryłyście słowo “aborcja” za hasłem “Czasem prywatne sprawy wymagają publicznego wsparcia”?

Zanim w ogóle zaczęłyśmy myśleć o kampanii, przeprowadziłyśmy wiele badań w terenie, próbując dociec, co naprawdę Irlandczycy myślą o aborcji, jaki mają do niej stosunek, jakich słów używają, gdy o niej mówią, jakie emocje się pojawiają w takiej rozmowie. Gdy rząd ogłosił referendum, wiedziałyśmy już, że ponad jedna trzecia społeczeństwa na pewno zagłosuje za zniesieniem ósmej poprawki, a tym samym za zmianą prawa dotyczącego aborcji. Ci ludzie już wtedy byli po naszej stronie, to znaczy popierali kampanie promujące dostęp do aborcji na żądanie, identyfikowali się z hasłami takimi jak: moje ciało, mój wybór, aborcja prawem człowieka, czyli z tym, co od dawna reprezentował ruch feministyczny w Irlandii. Wiele organizacji, takich jak The Coalition to Repeal the 8th Amendment, The Abortion Rights Alliance, Amnesty International, USI, zdecydowało, że podczas kampanii referendalnej będzie używać właśnie takiego języka, mobilizując tę już przekonaną część społeczeństwa.

Gdy rząd ogłosił referendum, wiedziałyśmy już, że ponad jedna trzecia społeczeństwa na pewno zagłosuje za zniesieniem ósmej poprawki (fot. Materiały prasowe / Derek Speirs)
Gdy rząd ogłosił referendum, wiedziałyśmy już, że ponad jedna trzecia społeczeństwa na pewno zagłosuje za zniesieniem ósmej poprawki (fot. Materiały prasowe / Derek Speirs)

A wy?

Nasze badania pokazały, że istnieje duża grupa ludzi wciąż nieprzekonanych, jak głosować, niepewnych co do tego, jak powinni się ustosunkować do aborcji, dla których sama rozmowa o przerywaniu ciąży była problematyczna. Jako Together for Yes zdecydowałyśmy, że w kampanii będziemy skupiać się przede wszystkim na nich.

Od początku wiedziałyśmy, że powinnyśmy mówić o aborcji jak o potrzebie z zakresu opieki zdrowotnej. Z naszych badań wynikało, że osoby niezdecydowane, jak głosować, z jednej strony wcale nie czuły, że aborcja jest ich prawem, z drugiej nie chciały dopuścić do kolejnych śmierci i do tego, by kobiety nadal były zmuszane do wyjazdu za granicę. Ci ludzie skarżyli się, że w tak spolaryzowanej dyskusji, gdzie aborcja jest albo zabójstwem, albo prawem, nie znajdują dla siebie miejsca.

Ich myślenie w dużej mierze ukształtowało doświadczenie referendum z 1983 roku. Przeciwnicy aborcji uczynili ówczesną kampanię niezwykle brutalną, zresztą ich ostatnia kampania też ociekała krwią. W związku z tym osoby deklarujące się jako niezdecydowane wolały odwracać wzrok i się nie odzywać. Często słyszałyśmy takie wypowiedzi: “Nie chcę o tym rozmawiać, bo to prywatna sprawa”. Zaczęłyśmy więc odpowiadać: “Tak, masz rację, to rzeczywiście prywatna sprawa. Nie powinny się do niej wtrącać ani Kościół, ani rząd, to prywatna decyzja kobiety, ale właśnie dlatego potrzebujemy twojego głosu, potrzebujemy publicznego poparcia aborcji, żeby wreszcie mogła stać się prywatną sprawą”. Podkreślałyśmy też, że aborcja to prywatna decyzja konsultowana pomiędzy kobietą i jej lekarzem, dlatego w naszą kampanię włączyłyśmy wielu medyków.

Czyli zaczęłyście mówić ich językiem zamiast takim, który was ukształtował.

Czy uważam, że aborcja jest moim prawem? Oczywiście, ale właśnie kampania referendalna nauczyła mnie, że nie wystarczy mieć rację i powtarzać ludziom, że ją mam, a potem oczekiwać, że w końcu mi uwierzą. Zamiast powtarzać te same hasła, chciałyśmy włączyć ludzi w publiczną debatę. Tak, podjęłyśmy świadomą decyzję, że przez trzy tygodnie kampanii nie będziemy używać zwrotów takich jak “na żądanie”, a język praw człowieka zastąpimy językiem potrzeb, mówiąc: “Kobiety tego potrzebują”, a także zamiast o wyborze będziemy mówić o decyzji. Powtarzałyśmy: “Musimy respektować decyzję kobiety”. Dla ludzi to miało sens, ale też czyniło całą walkę o prawo do aborcji bardziej osobistą.

Nie bałaś się, że nawet jeśli wygracie referendum i ósma poprawka zostanie usunięta z konstytucji, to nowe prawo będzie, jak w Polsce, “aborcyjnym kompromisem”?

Zanim wystartowałyśmy z naszą kampanią, rząd opublikował szkic ustawy, która w przypadku wygranej w referendum miała określać kształt nowego prawa. Dlatego podczas kampanii przekonywałyśmy nie tylko do odrzucenia ósmej poprawki, ale też do poparcia nowego projektu legislacyjnego. Już przed referendum ludzie wiedzieli, że jeśli zagłosują za usunięciem ósmej poprawki, aborcja będzie dostępna na żądanie do 12. tygodnia ciąży. Ponadto przerwanie ciąży będzie możliwe także później, ale tylko w przypadku zagrożenia życia matki lub letalnej wady płodu.

26 maja 2018 roku aż 62 proc. głosujących opowiedziało się za usunięciem ósmej poprawki z konstytucji, a tym samym za ustanowieniem nowego prawa. Jak myślisz, co – oprócz decyzji o zmianie języka, którym będziecie mówić o aborcji – pomogło wam przekonać tę niezdecydowaną część społeczeństwa?

Od samego początku kampania Together for Yes miała się opierać przede wszystkim na doświadczeniach kobiet. Dlatego w dużej mierze polegała na dawaniu kobietom przestrzeni do opowiedzenia, często po raz pierwszy, swoich historii. Okazało się, że kobiety chcą głośno mówić o tym, przez co przeszły. Było to niezwykłym aktem odwagi, bo stygmatyzacja związana z aborcją nie zniknie ot tak. Ale ogromna przewaga głosów w referendum stała się możliwa właśnie dzięki tym historiom. Bez matek, córek, par opowiadających o tym, jak po przyjęciu leków wczesnoporonnych bały się, że coś pójdzie nie tak i nie będą mogły zadzwonić po karetkę, bez kobiet mówiących o doświadczeniu gwałtu albo o tym, jak dowiedziały się, że płód ma tak poważne wady genetyczne, że po urodzeniu dziecko będzie skazane na śmierć – bez tych wszystkich historii nasze zwycięstwo nie byłoby tak przytłaczające.

Wokół aborcji funkcjonował pewien mit: kiedy ludzie myśleli o kobiecie przerywającej ciążę, na pewno nie wyobrażali sobie matki trójki dzieci. Nagle zobaczyli: kurczę, to mogę być ja, moja córka, mój syn, ci ludzie są tacy jak ja.

Czy masz jakieś zastrzeżenia do prawa, które zaczęło obowiązywać po wygranym referendum?

Jako National Women’s Council namawiałyśmy posłów, by aborcja na żądanie była dostępna do mniej więcej 14.-16. tygodnia, bo wiedziałyśmy, że wydłużając ten okres, mamy mniejszą szansę na wygranie referendum. Komisja parlamentarna zdecydowała jednak o dostępności do 12. tygodnia, co z jednej strony było niesatysfakcjonujące, z drugiej i tak cieszyłyśmy się, że chociaż przez pierwsze trzy miesiące kobiety nie będą musiały się przed nikim tłumaczyć.

Obowiązujące prawo w bardzo restrykcyjny sposób definiuje, czym jest letalna wada płodu, ograniczając długość życia po narodzinach do 28 dni. Niektórzy lekarze mówią więc kobietom: płód ma bardzo poważną wadę, ale nie jest ona letalna, bo dziecko może żyć dłużej niż 28 dni. W związku z tym kobiety decydują się na podróż do Wielkiej Brytanii, gdzie okazuje się, że wada jednak jest letalna i ciążę można było legalnie przerwać w Irlandii.

Skądinąd od lekarzy wiemy, że niezwykle trudno jest określić, kiedy nastąpi śmierć, a medykom wciąż grozi odpowiedzialność karna za przeprowadzenie aborcji poza obowiązującym prawem. Mam nadzieję, że definicja wady letalnej zostanie zmieniona już w 2021 roku.

Po decyzji polskiego Trybunału Konstytucyjnego nasza sytuacja zaczyna przypominać tę z waszej przeszłości. Z drugiej strony z racji tego, że od 1993 roku funkcjonował u nas tak zwany kompromis aborcyjny, jest zupełnie inna, bo wiele osób wciąż uważa, że najlepiej byłoby do niego wrócić. Jak myślisz, co mogłoby zmienić ich myślenie?

Przede wszystkim chcę powiedzieć, że jako National Women’s Council – jak i wszystkie organizacje feministyczne – jesteśmy wściekłe na to, co stało się w Polsce. W mediach społecznościowych staramy się okazywać solidarność z protestującymi Polkami. Nie sądzę jednak, że możemy dawać wam rady, raczej powinnyśmy oferować wsparcie. Nie jest przecież możliwe zapakowanie w walizkę naszego modelu kampanii i przeniesienie go z sukcesem do waszego kontekstu społeczno-politycznego. My nauczyłyśmy się, że kluczowe jest zrozumienie, co obywatele rzeczywiście myślą o aborcji, jak wyobrażają sobie dostęp do niej i jak należy z nimi o tym publicznie debatować.

Przez wiele lat o aborcji w Polsce mówiło się jako o trudnej, wręcz traumatycznej decyzji skutkującej depresją, poczuciem żalu i straty. Polskie aktywistki pro-choice argumentowały, że właśnie dlatego tę trudną decyzję należy pozostawić kobietom. Młodsze pokolenie feministek sprzeciwia się takiemu podejściu, występując z hasłami “aborcja jest OK”. Z jednej strony imputowanie kobietom traumy jest nieuprawnione, z drugiej, patrząc na wasze doświadczenia, język młodszego pokolenia raczej nie przekonałby osób niezdecydowanych. Jak postrzegasz ten spór?

Z pewnością należy rozdzielić pewne kwestie: to nie aborcja jest traumatyczna, tylko sposób, w jaki się ją postrzega w społeczeństwie. Aborcja jest taką samą procedurą medyczną jak wszystkie inne. Czasem rekonwalescencja bywa trudna, a czasem nie. Właśnie dlatego w Irlandii starałyśmy się wpisać aborcję w kontekst opieki zdrowotnej. W ten sposób starałyśmy się ją normalizować. Jeszcze przed referendum zainaugurowałyśmy projekt “Każda kobieta”, w którym przedstawiłyśmy wszechstronny model dbania o zdrowie reprodukcyjne. Obejmuje on edukację seksualną w szkołach, darmową antykoncepcję, ciążę, aborcję i menopauzę. Aborcja to zaledwie jeden element tego modelu, raczej potrzeba z zakresu ochrony zdrowia niż prawo.

Film dokumentalny “Razem na tak. Gdy wygrały kobiety”, wyreżyserowany przez Annę Rodgers, śledzi losy kampanii Together For Yes, która poprzedziła referendum dotyczące zniesienia zapisanego w konstytucji Irlandii zakazu aborcji. Film będzie dostępny 8 i 9 grudnia przez 24 godziny od momentu wykupienia e-biletu na platformie OneStage.pl . Projekcji towarzyszy rozmowa, która odbędzie się w środę 9 grudnia o godz. 19:00 i będzie emitowana na żywo na fanpage’u HER Docs na Facebooku.
HER Docs to pierwszy w Polsce festiwal filmowy poświęcony twórczości kobiet. Jego pierwsza edycja odbyła się w ubiegłym roku w warszawskiej Kinotece. W tym roku z powodu pandemii organizatorzy od 21 listopada zapraszają do obejrzenia filmów online. W programie HER Docs Online znalazły się takie filmy jak: “Nie zapomnij o mnie”, “Ewa nie chce spać”, “Wyspa głodnych duchów”, “Bóg ma wolne w niedzielę”, “Urodzona w Evin”. Filmom towarzyszyć będą spotkania z twórcami oraz dyskusje wokół problemów, o jakich opowiadają dokumenty. Więcej: herdocs.pl

Orla O'Connor, dyrektorka National Women's Council, współtwórczyni kampanii na rzecz zniesienia zakazu aborcji zapisanego w irlandzkiej konstytucji (fot. Materiały prasowe)
Orla O’Connor, dyrektorka National Women’s Council, współtwórczyni kampanii na rzecz zniesienia zakazu aborcji zapisanego w irlandzkiej konstytucji (fot. Materiały prasowe)

Orla O’Connor. Dyrektorka National Women’s Council, jednej z wiodących organizacji kobiecych w Irlandii. Współtworzyła kampanię Together for Yes promującą głosowanie za usunięciem ósmej poprawki z konstytucji. Ukończyła politykę społeczną i od 25 lat działa w organizacjach pozarządowych. Jest feministką i ekspertką współtworzącą projekty ustaw na rzecz poprawy sytuacji kobiet w Irlandii.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku





Źródło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *