Kto ma decydować o prawie aborcyjnym? “Tego przeciwniczki referendum nie mówią”



Niedawne „orzeczenie” tzw. Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji wywołało ogromne poruszenie społeczne i niemałe zamieszanie na scenie politycznej. Zamieszanie tym większe, że na nowo wywołało ideologiczną debatę na temat docelowego modelu prawa aborcyjnego w Polsce.


Jeśli wierzyć sondażom zdecydowana większość Polaków nie akceptuje sytuacji powstałej po decyzji Trybunału pani Przyłębskiej. Sytuacja zaczyna się jednak komplikować, gdy idzie o rozwiązania pozytywne na przyszłość.


Wielu chciałoby powrotu do rozwiązań sprzed orzeczenia Trybunału, czyli tzw. kompromisu. Jednak inni nie chcą o tym słyszeć. Mówią, że kompromis został unicestwiony przez Trybunał i że nie ma innej drogi niż aborcja na życzenie do 12. tygodnia ciąży. W ten sposób wypowiada się nie tylko Lewica, ale także Platforma Obywatelska, która przedstawiła swój pomysł na liberalizację przepisów antyaborcyjnych.


Czytaj też:
PO za liberalizacją prawa aborcyjnego. „Przerwanie ciąży możliwe do 12. tygodnia”


Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że spór budzi nawet i to, w jaki sposób ma być wypracowane nowe prawo aborcyjne. Propozycja referendum spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk lewicowych i feministycznych. Prawa człowieka – powiadają – nie mogą być przedmiotem głosowania. Nie można, twierdzą, w drodze plebiscytu decydować, czy kobiety mają mieć prawo do decydowaniu o własnym ciele czy macierzyństwie.


Kto zatem ma decydować o nowym prawie aborcyjnym? Tego przeciwniczki referendum nie mówią. Można się jedynie domyślać, że oczekiwałyby w tej sprawie decyzji parlamentu. Szkopuł w tym, że parlament podejmuje decyzje w drodze… głosowania. Zatem tak czy inaczej dla sprawy liberalizacji prawa aborcyjnego potrzeba większości. Większości w parlamencie a zatem także w społeczeństwie.


Czytaj też:
Wanda Nowicka o zamieszaniu „na prawicy”. „Ziobro też cały czas tam podgryza”


Tak to już jest, że w demokracji nie ma innej drogi dla stanowienia praw, choćby podstawowych, niż w drodze głosowania. Zwolennicy aborcyjnej wolności mogą ubierać sprawę w najbardziej wzniosłe słowa, ale nie zmienia to faktu, ze w Polsce prawo stanowi się właśnie uzyskując większościowe poparcie w parlamencie i (albo) w społeczeństwie.


Koniec końców oznacza to głosowanie. W taki właśnie sposób przez wiele ostatnich dekad a nawet stuleci poszerzano katalog praw i osób z nich korzystających.


W ustroju demokratycznym każde nowe prawo podlega jakiemuś głosowaniu. Innej drogi nie ma. Czy środowiska proaborcyjne tego nie rozumieją? Myślę, że rozumieją, tym bardziej, że mają świeżo w pamięci przykład Irlandii, która 3 lata temu zalegalizowała aborcję w drodze referendum właśnie.


Jednak wiedzą też, że – przynajmniej na razie – nie ma w Polsce większościowego poparcia dla aborcji na życzenia. Uważają więc, że łatwiej będzie im wywrzeć nacisk na partie polityczne i parlamentarzystów niż przekonać do swoich postulatów większość Polaków.


Towarzyszy temu zresztą retoryka, że prawo do aborcji im się po prostu należy i w ogóle nikogo przekonywać nie muszą. Otóż muszą. Inaczej ich postulaty nie staną się w Polsce prawem.


Czytaj też:
Marta Lempart usłyszała zarzuty. Liderka Strajku Kobiet nie przyznała się do winy


Jarosław Kaczyński i towarzystwo pod kierownictwem Julii Przyłębskiej roznieciło w Polsce na nowo aborcyjną wojnę. Wojnę, która szybko się skończy i długo będzie jeszcze rozpalać społeczne emocje. Tak czy inaczej nowe prawo określające zakres legalnej aborcji określi prędzej czy później w głosowaniu naród albo jego przedstawiciele.





Źródło

Kto ma decydować o prawie aborcyjnym? “Tego przeciwniczki referendum nie mówią”



Niedawne „orzeczenie” tzw. Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji wywołało ogromne poruszenie społeczne i niemałe zamieszanie na scenie politycznej. Zamieszanie tym większe, że na nowo wywołało ideologiczną debatę na temat docelowego modelu prawa aborcyjnego w Polsce.


Jeśli wierzyć sondażom zdecydowana większość Polaków nie akceptuje sytuacji powstałej po decyzji Trybunału pani Przyłębskiej. Sytuacja zaczyna się jednak komplikować, gdy idzie o rozwiązania pozytywne na przyszłość.


Wielu chciałoby powrotu do rozwiązań sprzed orzeczenia Trybunału, czyli tzw. kompromisu. Jednak inni nie chcą o tym słyszeć. Mówią, że kompromis został unicestwiony przez Trybunał i że nie ma innej drogi niż aborcja na życzenie do 12. tygodnia ciąży. W ten sposób wypowiada się nie tylko Lewica, ale także Platforma Obywatelska, która przedstawiła swój pomysł na liberalizację przepisów antyaborcyjnych.


Czytaj też:
PO za liberalizacją prawa aborcyjnego. „Przerwanie ciąży możliwe do 12. tygodnia”


Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że spór budzi nawet i to, w jaki sposób ma być wypracowane nowe prawo aborcyjne. Propozycja referendum spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk lewicowych i feministycznych. Prawa człowieka – powiadają – nie mogą być przedmiotem głosowania. Nie można, twierdzą, w drodze plebiscytu decydować, czy kobiety mają mieć prawo do decydowaniu o własnym ciele czy macierzyństwie.


Kto zatem ma decydować o nowym prawie aborcyjnym? Tego przeciwniczki referendum nie mówią. Można się jedynie domyślać, że oczekiwałyby w tej sprawie decyzji parlamentu. Szkopuł w tym, że parlament podejmuje decyzje w drodze… głosowania. Zatem tak czy inaczej dla sprawy liberalizacji prawa aborcyjnego potrzeba większości. Większości w parlamencie a zatem także w społeczeństwie.


Czytaj też:
Wanda Nowicka o zamieszaniu „na prawicy”. „Ziobro też cały czas tam podgryza”


Tak to już jest, że w demokracji nie ma innej drogi dla stanowienia praw, choćby podstawowych, niż w drodze głosowania. Zwolennicy aborcyjnej wolności mogą ubierać sprawę w najbardziej wzniosłe słowa, ale nie zmienia to faktu, ze w Polsce prawo stanowi się właśnie uzyskując większościowe poparcie w parlamencie i (albo) w społeczeństwie.


Koniec końców oznacza to głosowanie. W taki właśnie sposób przez wiele ostatnich dekad a nawet stuleci poszerzano katalog praw i osób z nich korzystających.


W ustroju demokratycznym każde nowe prawo podlega jakiemuś głosowaniu. Innej drogi nie ma. Czy środowiska proaborcyjne tego nie rozumieją? Myślę, że rozumieją, tym bardziej, że mają świeżo w pamięci przykład Irlandii, która 3 lata temu zalegalizowała aborcję w drodze referendum właśnie.


Jednak wiedzą też, że – przynajmniej na razie – nie ma w Polsce większościowego poparcia dla aborcji na życzenia. Uważają więc, że łatwiej będzie im wywrzeć nacisk na partie polityczne i parlamentarzystów niż przekonać do swoich postulatów większość Polaków.


Towarzyszy temu zresztą retoryka, że prawo do aborcji im się po prostu należy i w ogóle nikogo przekonywać nie muszą. Otóż muszą. Inaczej ich postulaty nie staną się w Polsce prawem.


Czytaj też:
Marta Lempart usłyszała zarzuty. Liderka Strajku Kobiet nie przyznała się do winy


Jarosław Kaczyński i towarzystwo pod kierownictwem Julii Przyłębskiej roznieciło w Polsce na nowo aborcyjną wojnę. Wojnę, która szybko się skończy i długo będzie jeszcze rozpalać społeczne emocje. Tak czy inaczej nowe prawo określające zakres legalnej aborcji określi prędzej czy później w głosowaniu naród albo jego przedstawiciele.





Źródło