Popierasz referendum w sprawie aborcji? To zły pomysł #PrawaZamiastKwiatów


Według sondażu przeprowadzonego przez agencję Inquiry, 65 proc. Polaków i Polek popiera przeprowadzenie referendum w sprawie legalności przerywania ciąży. Podobny pomysł pojawia się czasami w rozmowach o prawach osób LGBT+, tak zresztą wprowadzono równość małżeńską i liberalizację prawa aborcyjnego w Irlandii. Już wtedy krytykowano pomysł głosowania nad prawami człowieka, co wybrzmiewa również w dyskusji o aborcji w Polsce.

  • Większość Polaków chce referendum w sprawie aborcji
  • Tak jak wybory, referendum musi być przeprowadzone uczciwie i bezpiecznie
  • Wynik ewentualnego referendum nie będzie rzetelny, jeśli nie nauczymy się rozmawiać o aborcji i nie zdobędziemy odpowiedniej wiedzy na jej temat
  • Idea głosowania nad prawami innych osób powinna być etycznym dylematem
  • #PrawaZamiastKwiatów to wspólna akcja Noizz.pl i Ofeminin.pl
  • Więcej podobnych historii znajdziesz na Noizz.pl

Od 8 marca trwa wspólna akcja Noizz i Ofeminin #PrawaZamiastKwiatów. Łączymy siły, żeby zwrócić uwagę na problem praw reprodukcyjnych kobiet w Polsce. Razem z agencją badawczą Inquiry przeprowadziliśmy badanie na temat podejścia Polek i Polaków do aborcji, wyroku Trybunału Konstytucyjnego i Strajku Kobiet. W ciągu dwóch tygodni na Noizz.pl, Ofeminin.pl oraz w naszych mediach społecznościowych będzie można przeczytać o wynikach badań i wyzwaniach towarzyszących walce o podstawowe prawa reprodukcyjne w Polsce.

Referendum nad dostępem do aborcji. Jak odpowiadali Polacy?

65 proc. ankietowanych popiera pomysł referendum. Duże różnice widać, gdy podzielić ich według głównych kandydatów w ostatnich wyborach prezydenckich. Przychylni idei referendum są przede wszystkim wyborcy Rafała Trzaskowskiego i Szymona Hołowni – kolejno 72 i 84 proc. Przeciwników referendum jest więcej wśród wyborców Andrzeja Dudy i Krzysztofa Bosaka, ale nadal popiera je kolejno 52 i 60 proc. osób.

Referendum o aborcji

Foto:

Inquiry

Jednocześnie 44 proc. osób popiera powrót do stanu sprzed wyroku Trybunału Konstytucyjnego (aborcja możliwa w trzech wypadkach: zagrożenie życia i zdrowia matki, ciąża w wyniku czynu zabronionego, ciężkie wady płodu). Liberalizację przepisów, np. możliwość przerwania ciąży do 12. jej tygodnia, popiera 37 proc. ankietowanych. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że referendum w tej sprawie zakończyłoby się liberalizacją przepisów w stosunku do stanu obecnego, najpewniej byłby to powrót do tzw. “kompromisu” z 1993 r. Tylko czy na pewno?

Kto kontroluje referendum, kontroluje prawo

Nie ma referendum bez ingerencji Sejmu lub Prezydenta. O technikaliach można by pisać długo, a meritum sprowadza się do tego, że nie da się przeprowadzić referendum z pominięciem władzy. Niezależnie od jego wyniku nie będzie też sytuacji, gdzie niezależnie od sejmowej większości wprowadza się takie rozwiązania, jakiego chcieli obywatele, a rząd nie może nic z tym zrobić. Jeśli obecny stan prawny aborcji oparty jest o wyrok Trybunału Konstytucyjnego, wskazywałoby to na konieczność zmian w konstytucji. Nie jest to szybki i łatwy proces.

Trzeba też pamiętać, że spór o prawa reprodukcyjne wpisuje się w wieloletni kryzys konstytucyjny. Zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej obecny rząd boryka się z oskarżeniami o niepraworządność, łamanie Konstytucji, ingerowanie w trójpodział władzy i naruszanie niezawisłości sądów. Nie wiemy, jak będzie wyglądać sytuacja Polski po zmianie rządu i większości sejmowej oraz co stanie się ze zmianami w prawie, które wprowadzono podczas rządów Zjednoczonej Prawicy. Organizacja referendum w trakcie pandemii w sprawie orzeczenia Trybunału, którego konstytucyjność jest szeroko podważana – to brzmi jak zadanie karkołomne.

Nie sposób przemilczeć też problemu języka, o którym pisałam wcześniej. Nie będzie kontrowersyjnym stwierdzenie, że obecna władza stosuje język nacechowany ideologicznie, sięgając wręcz po propagandę. Wszyscy pamiętamy “LGBT jako zagrożenie dla narodu”, “łapy precz od naszych dzieci”, ckliwy spot wyborczy Andrzeja Dudy w “Wiadomościach” TVP, który udawał, że jest reportażem, a nie spotem. Regularnie słuchamy o wrogach, zdrajcach, cywilizacji śmierci. Nad protestującymi wisi “chmura wirusowa”, płody to “dzieci poczęte”, a kobiety popierające prawo do aborcji to “zwolenniczki mordowania dzieci”. Dlaczego więc zakładać, że przeprowadzone za obecnej władzy referendum miałoby się odbyć w sprawie “możliwości przerwania ciąży do 12. tygodnia”, a nie “możliwości zamordowania dziecka poczętego”?

Do kogo należy ocena praw, jakie przysługują obywatelkom?

Załóżmy jednak, że referendum zostałoby przeprowadzone za kilka lat, gdy pokonamy pandemię, a sytuacja prawna w Polsce zostanie ustabilizowana. Jak zauważyliśmy w poprzednim tekście, język mówienia o aborcji ma ogromny wpływ na jej poparcie, a im bardziej zagłębimy się w detale, tym mniej osób zagłosuje “za”. Nie wiemy jeszcze, jak rozmawiać o aborcji. W naszych szkołach nie ma edukacji seksualnej. Czy naprawdę jesteśmy gotowi, by głosować w tej sprawie? I wreszcie – czy powinny w niej głosować osoby, których aborcja nigdy nie będzie dotyczyć?

Kiedy w 2015 r. w Irlandii głosowano nad równością małżeńską, nie brakowało głosów krytyki pomimo faktu, że ostatecznie 62 proc. obywateli powiedziało “tak”. Jeśli przyjąć, że osoby homo- i biseksualne stanowią statystycznie około 5 proc. społeczeństwa, oznaczałoby to, że decyzja o ich prawie do małżeństwa należała w ogromnej większości do ludzi, którzy te prawa mają i których nikt nie próbował im odebrać. Pamiętam film sprzed referendum, który dobrze pokazywał smutny absurd tej sytuacji. Odświętnie ubrany mężczyzna chodził od domu do domu, prosząc obcych ludzi o rękę swojej partnerki. “Jakbyś się czuł/a, gdybyś musiał/a prosić 4 miliony ludzi o zgodę na ślub?”.

Kobiety stanowią ok. 52 proc populacji Polski. To przede wszystkim kobiet dotyczy temat ciąży i jej przerywania. Dlaczego więc o ich prawach mieliby decydować mężczyźni? Zanim dojdziemy do wniosku, że żyjemy w Polsce, w której można przeprowadzić uczciwe, bezpieczne i wiążące prawnie referendum, zanim nauczymy się rozmawiać o seksie, antykoncepcji i aborcji, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie – czy to jest etyczne, by poddawać pod głosowanie prawa człowieka?

Zobacz również: Zaszaleliśmy i stworzyliśmy beata na bucie



Źródło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *