W obronie ważności wyroku TK. Aborcja jako źródło podziałów – Dobra osobiste



Późna, styczniowa publikacja wyroku TK z 22 października 2020 r. w sprawie zakazu aborcji ze względu na wady tzw. płodu ludzkiego wywołała protesty uliczne, sprzeciw części społeczeństwa i dyskusję wśród prawników.

Mowa o aborcji eugenicznej czy embriopatologicznej. Padły pytania, czy wyrok jest ważny. Pojawiły się różne zarzuty. A to w wydaniu wyroku brała udział prof. Pawłowicz, wcześniej poseł. A to sędzia Piotrowicz był wybrany niezgodnie z prawem, gdyż ukończył wcześniej 65 lat. A to w składzie są tzw. dublerzy. A to sędzia Przyłębska nie była wybrana na Prezesa TK zgodnie z konstytucją. Bez wątpienia, aborcja stała się źródłem podziałów w społeczeństwie. Moje stanowisko (tak, prawnicy mają stanowiska polityczne) od 2015 r. jest centrystyczne, symetrystyczne, choć opozycyjne i antypisowskie (co do oceny erozji rządów prawa). Trzeba poruszyć wiele tematów w tym eseju, bo problematyka jest złożona.





TK uchylił przepis pozwalający na przerwanie ciąży, „gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. Od 27 stycznia 2021 r., tj. od publikacji wyroku TK w Dzienniku Ustaw, aborcja jest legalna tylko, „gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej” (tj. gdy np. kobieta miałaby umrzeć) lub „gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego” (tj. gwałt, kazirodztwo, pedofilia). Aborcja jest zatem obecnie legalna w bardzo rzadkich sytuacjach. Wyrok TK oznacza prawie zupełny zakaz aborcji w praktyce.

Czy wyrok jest ważny? Moim zdaniem, jest ważny. Nie zajmuję się tutaj jego uzasadnieniem. Jest, jakie jest. Zajmuję się składem TK. Teza wyroku powstała pewnie przed powstaniem uzasadnienia. Uzasadnienie napisano pod tezę z góry przyjętą. Niemniej, ad rem, co do składu. Większość członków Trybunału Konstytucyjnego ma niekwestionowalny status. Status 12 sędziów nie jest kontrowersyjny konstytucyjnie. Z tych 12 aż 10 sędziów reprezentuje linię konserwatywną. To znaczy, wspiera ideologicznie, aksjologicznie i moralnie ruch prolife (za tzw. życiem nienarodzonym) i zakazy aborcji. Tych 10 sędziów jest też jakoś związanych z linią moralną, prezentowaną przez PiS jako partię rządzącą. W TK jest 2 sędziów w opozycji. To sędziowie Kieres i Pszczółkowski. Może ktoś powiedzieć, że konserwatyści mają większość w TK. I to aż 10 do 2. A licząc wszystkich, tj. tzw. dublerów, to 13 do 2. Po prostu, przewaga nowych sędziów, powołanych z ramienia PiS, jest miażdżąca. To jest matematyka. Podobne podziały na konserwatystów i liberałów są w Sądzie Najwyższym USA, tylko że tam nikt tego nie ukrywa, a w polskiej tradycji TK jest hipokryzja bezstronności moralnej czy ideologicznej. Konstytucja tego wymaga, co jest kolejną fikcją.

Ci sędziowie uchwalili to, co uważali za dobre. Uznali, że zakaz aborcji, np. w przypadku syndromu Downa, jest dobry. Inna kwestia jest taka, że nie można przecież kwestionować tego, że większość sędziów TK nie ma problemu z legitymizacją. TK jest wciąż konstytucyjnym organem. Mimo kontrowersji i braku dużego autorytetu… Działa i orzeka. Wyrok TK został opublikowany. To wyrok TK decyduje, co jest prawem zgodnym z konstytucją, a co nie. Aborcja w przypadku poważnych wad płodu nie jest zatem prawem. Wyrok jest już stosowany przez szpitale. Jest tak już gdzieniegdzie od końca października 2020 r.

Zresztą, wyrok powinien być opublikowany niezwłocznie, zgodnie z konstytucją. Zgodnie z konstytucją, jest ostateczny. Jego niepublikowanie jest deliktem konstytucyjnym i premier powinien z tego tłumaczyć się przed Trybunałem Stanu. Twierdzenia, np. prof. Łętowskiej, że teraz Sejm może przegłosować, jakie prawo chce, np. liberalne prawo aborcyjne, jest nieporozumieniem. Przecież na tym polega władza TK, że TK eliminuje z systemu norm prawnych te normy, które uważa za niekonstytucyjne. A Sejm nie może ich ponownie uchwalić w takiej samej formie, bo to jest zabawa w kotka i myszkę. To robienie z instytucji państwowych jeszcze większych atrap, niż są teraz.

Jeśli chodzi o wyrok TK, to jest wiele nieporozumień w debatach. Ludzie w większości nie oceniają tego, czy wyrok jest zgodny z konstytucją. Mówią, że według nich, aborcja w przypadku wad płodu powinna być zakazana albo dozwolona. Mówią też, że np. aborcja na żądanie powinna być zakazana albo dozwolona. Tymczasem, to nie o to chodzi, co ja czy X myśli, ale czy wyrok da się uzasadnić na gruncie konstytucji. Nie można mylić własnych przekonań moralnych z rezultatami wykładni konstytucji. Polacy lubią mówić: „Ja…” i “powinien”. Gorzej z robotą prawniczą i świadomością prawną.

Otóż, wedle mnie (każdy ma historię do opowiedzenia), patrząc ściśle prawnie czy prawniczo, przede wszystkim ten wyrok TK stanowi problem dla wykładni systemowej konstytucji. Konstytucja w żadnym miejscu nie mówi, że życie jest chronione od poczęcia. Poza tym, słowo „każdy”, używane w konstytucji w kontekście ochrony życia, dotyczy osoby już urodzonej. „Każdemu” przysługuje prawna ochrona życia, wedle konstytucji. Ale zaraz, kto to ten każdy?

Na gruncie polskiej konstytucji można sobie wyobrazić następujące sytuacje w skrajnej postaci. Pierwsza to taka, że liberalni moralnie sędziowie TK uznają aborcję na żądanie do 6. czy 9. miesiąca. Druga to taka, że najbardziej katoliccy sędziowie wprowadzą absolutny zakaz aborcji. I jedno, i drugie jest formalnie dozwolone na gruncie litery konstytucji czy – ale już w mniejszym stopniu – konstytucji jako systemu norm. A przede wszystkim, jest to możliwe na gruncie swobody interpretacji konstytucji. Oba rozwiązania byłyby jednak kontrowersyjne, bo coś „nie grałoby” systemowo.

Czy ktoś bowiem może mi wyjaśnić na gruncie jakich reguł logiki na podstawie tej samej konstytucji, jeden sędzia orzeknie, że aborcja na żądanie powinna być do 3. miesiąca, a inny orzeknie, że do 6. miesiąca? Jeden, że aborcja płodu z wadami jest konstytucyjna? A drugi, że nie? Skończmy z tą hipokryzją, że sędziowie nie mają prywatnej moralności czy ideologii i te nie wpływają na wyroki. Wpływają, zwłaszcza, gdy konstytucja jest niejasna czy generalna, czyli prawie zawsze w sprawach obyczajowych jak aborcja, eutanazja, lustracja, etc. Jest to jasne także w tej sprawie wyroku TK. Sędziowie TK wyszli poza literalne znaczenie słowa „każdy” i poza systemowe znaczenie tego słowa. Oparli się wykładni funkcjonalnej, gdzie uznali, że celem prawa i państwa jest zakaz aborcji. Zrobili to wedle swoich wartości moralnych i politycznych. Czy powinni to robić? Nie powinni. Czy mieli takie prawo? Biorąc pod uwagę ogólność konstytucji, mieli takie prawo, ale naciągnęli konstytucję do własnej deklarowanej moralności.

Należy też skończyć z tą tezą pełną hipokryzji, wedle której Kościół katolicki nie ma prawa głosić swojego nauczania moralnego w przestrzeni publicznej czy mówić o aborcji publicznie. Ma prawo. Jest takim samym aktorem jak każdy inny, tylko że silniejszym, z wielką tradycją. Przecież różne organizacje, w tym proaborcyjne, są bardzo aktywne, także w debatach społecznych czy prawniczych o aborcji. Na tym polega pluralizm – jest to też zderzenie różnych idei. Dlaczego zatem największa organizacja religijna w kraju nie miałaby mieć swojego zdania na temat tego, czy aborcja jest zła i tego, czy powinna być zakazana prawnie? KK korzysta z takich praw jak każdy podmiot, ale jest po prostu silniejszym graczem. To rodzi zazdrość, a nawet nienawiść. Wielu jest urażonych przez siłę społeczną KK. Oczywiście, jest tu pewna kontrowersja, gdyż misja KK to głoszenie Ewangelii, ale nie ma tu naruszenia zasady rozdziału państwa od kościoła. Jest wolność słowa i wolność religijna. Gdyby państwo czy sędziowie inspirowali się nauczaniem Związku Antyklerykalnych Ateistów, to byłoby z kolei w porządku? Przecież taki Związek też miałby prawo mieć swoje nauczanie i zdanie. Strajk Kobiet też ma swoje „nauczanie” i zdanie – i to „dogmatyczne”.

Czasem słyszę osoby bez prawniczego przygotowania, które mówią, że TK nie mógł orzec inaczej, bo „każdy” to także nienarodzony jeszcze, byt zupełnie i najbardziej niewinny. Pytam: a nienarodzony też głosuje albo ma wolności polityczne? Na pewno na gruncie konstytucji, rozumienie tego terminu jest inne niż w etyce katolickiej czy potocznie. Chodzi raczej o narodzonych. To wynika z wykładni systemowej konstytucji, choć mało kto się tym przejmuje. Ale znowu, jest to niejasne, bo przecież mimo że konstytucja nie mówi, że zakazuje aborcji, to jednak musi być za jakimiś jej ograniczeniami, gdyż społeczeństwo musi trwać! Kto decyduje, co stanowi zatem ta aksjologia, podstawa moralna konstytucji?… Ten, kto ma władzę. Polityce, sędziowie…

Czy ja orzekłbym tak, jak sędziowie 22 października 2020 r.? Raczej nie, ponieważ byłoby to wbrew porządnemu czytaniu i rozumieniu konstytucji. Uważam, że przy tym wyroku nad sztuką prawniczą prym wiodły osobista moralność (inspirowana pewnie katolicyzmem czy prawem naturalnym) i koneksje ideologiczne czy polityczne sędziów. Tymczasem my uczymy studentów prawa reguł wykładni i argumentacji, a nie perfekcjonistycznej moralności wymuszanej wyrokami czy prawem. Prawo to nie jest teologia katolicka czy islamska, ale prawo to jest też pewna aksjologia, wartości, w tym moralne i społeczne, także te dotyczące aborcji. Co ludzie w Polsce sądzą o aborcji tzw. dziecka nienarodzonego z poważnymi wadami? Oczywiście, obowiązek urodzenia dziecka z poważnymi wadami jest rodzajem heroizmu dla przeciętnego człowieka. Nie ma, co tego ukrywać i nie ma, co moralizować. Jednak wyrok TK jest wyrokiem. Gdyby był inny, też by nim był.

Jeszcze inna kwestia dotyczy tego, czy przy wydawaniu wyroków przez TK albo przy tworzeniu prawa, należy brać pod uwagę ustalenia nauki. W tym przypadku chodzi o embriologię i genetykę. Wiemy, że biologicznie patrząc, początek życia to moment połączenia komórki jajowej i plemnika. Powstaje zygota, coś na kształt organizmu, który rozwija się, dzieli. Dalej jest embrion, czyli zarodek. Po 2-4 dniach (niektórzy naukowcy mówią, że wcześniej) kształtuje się unikalny kod DNA. Nigdy więcej się nie powtórzy. Nigdy wcześniej też nie było takiego. Jest to życie, jest to program do życia, do rozwoju. W sensie biologicznym, mówić o zarodku ludzkim jako o człowieku jest zatem uprawnione.

Czy więc należy to życie chronić od momentu pojawienia się własnego DNA? Przecież to podpowiadałaby nauka! W takiej sytuacji jedyna legalna aborcja mogłaby dotyczyć sytuacji pigułki tzw. dzień po. Tylko usunięcie czy likwidacja osobnika (zygoty? zarodka?) tak wczesnego, przed pojawieniem się DNA, mogłyby być uzasadnione. To jednak prowadziłoby do prawie absolutnego zakazu aborcji. Jak wiemy jednak, standard na Zachodzie jest taki, że aborcja na żądanie jest stosowana w pierwszym trymestrze. (Później jest już bowiem rozwinięty układ nerwowy zarodka.) Stosuje się aborcję także później w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia matki, gwałtu czy poważnych wad genetycznych płodu etc. Kiedyś niemłody fiński profesor prawa powiedział mi, że aborcja nie jest zbytnio stosowana w Finlandii, bo młodzi mają pigułki tzw. dzień po.

Trzeba podkreślić, że aborcja nie jest prawem człowieka. Nie jest nim w sensie prawnym. Nie jest wymieniona w żadnej konwencji o prawach człowieka. Tymczasem wielu zwolenników aborcji na żądanie czy aborcji w przypadku wad płodu mówią, często emocjonalnie, że aborcja jest prawem człowieka. Jest to błąd formalny. W prawie międzynarodowym nie ma żadnego traktatu, który tak by traktował aborcję. Byłoby to po prostu zbyt kontrowersyjne dla wielu krajów. Są wciąż podziały na świecie w tej materii. Dlatego prawo do aborcji nie jest uniwersalnym prawem człowieka. Ci, którzy mówią, że jest takim prawem, dokonują raczej projekcji, tzn. myślą, że tak jest i chcą, żeby tak było. Ale tak nie jest. Prawnie. Formalnie. Obiektywnie. Po prostu. Jest tu pewna ignorancja albo mylenie pojęć. Student teologii w Finlandii przekonywał mnie, teoretyka prawa, że aborcja jest prawem człowieka. Może jest, ale w jego umyśle. „Jest, ale wedle Ciebie, nie wedle prawa”, mówię. To jest metafora, że aborcja jest prawem człowieka. Albo: postulat, albo: manipulacja.

Podobnie jest z tzw. prawami reprodukcyjnymi. Nie ma ani jednego wiążącego traktatu międzynarodowego, który stanowiłby, że są takie prawa. To skrajne środowiska feministyczne, feministyczne uczone i niektóre organizacje międzynarodowe jak WHO próbują narzucić to pojęcie. I narzucają. To pojęcie ma oznaczać, że każda kobieta ma prawo decydować, kiedy chce mieć dziecko i kiedy chce usunąć tzw. płód. Tymczasem w żadnej konwencji praw człowieka nie ma o tym mowy (np. konwencja stambulska zakazuje wymuszania aborcji na kobietach). Prawo do aborcji jest uprawnieniem przyznanym kobiecie tylko przez dany porządek prawny. Np. w USA czy Danii dopuszcza się aborcję na żądanie do 12. tygodnia ciąży, w Szwecji do 18. tygodnia, a w Anglii w zasadzie do 6. miesiąca (do 24. tygodnia dokładnie). Są to prawa kobiety, ale tylko w danym kraju, a nie powszechne, ogólnoświatowe.

Chciałbym jednocześnie zaprotestować przeciwko dwóch pojęciom. Rażą one etycznie i estetycznie, oraz lingwistycznie. Jedno to właśnie „prawa reprodukcyjne” (powszechnie używane w mediach i akademii), a drugie to „płód ludzki” (z tytułu ustawy antyaborcyjnej z 1993 r.). Pierwsze uważam za zbyt techniczne, jakby związane z produkcją, przemysłem, a przecież powstanie człowieka to natura, biologia, człowieczeństwo. Należy je zatem zastąpić innym pojęciem, np. „prawem dotyczącym rozmnażania się”. Z kolei „płód ludzki” z ustawy antyaborcyjnej przypomina lingwistycznie np. „płody rolne”. Przecież to ohydne porównywać zarodek ludzki do np. ziemniaka. Embriologia embriologią (tam to normalny termin), ale człowieczeństwo człowieczeństwem. Człowiek, który jest urodzony, powstaje właśnie z takiego zarodka. Szanujmy godność embrionu. Uczestniczyłem w wielu seminariach bioetycznych w Anglii i ten problem nie jest utopią. Naukowcy, tj. lekarze, biolodzy, etycy czy prawnicy, naprawdę zastanawiają się nad takim pojęciem jak „godność zarodka”. Celem nauki nie jest ideologia czy emocje, ale prawda. Chodzi tu np. o zamrażanie embrionu dla celów sztucznego zapłodnienia, jego przechowywanie i likwidowanie. Jak to robić? Nota bene, pięknego słowa na „zarodek” (biologia), „płód ludzki” (polskie prawo) czy „dziecko nienarodzone” (etyka, teologia katolicka) używali Rzymianie. Nasciturus. Ten, który ma się urodzić. Używamy go w polskiej nauce prawa. Zresztą, polskie prawo cywilne mówi o „dziecku poczętym”. Takie dziecko można uznać nawet w stanie prenatalnym lub warunkowo zapisać mu spadek. Tyle polskie prawo rodzinne i spadkowe.

Chciałbym zapytać wszystkich tak bardzo dyskutujących nad kwestią tego, czy wyrok TK jest ważny: a gdyby to był wyrok, który liberalizuje prawo aborcyjne, to byłby wtedy OK? Gdyby wprowadzał aborcję na żądanie do 3. miesiąca? Wtedy wyrok byłby ważny? Wtedy tzw. dublerzy też mogliby orzekać? Profesor Pawłowicz też? Sędzia Piotrowicz też? Wtedy forma powstawania uzasadnienia wyroku byłaby w porządku? Pisanie na kolanie albo w inny kontrowersyjny sposób? Wtedy naciski polityków czy innych osób były pożądane? Wtedy aksjologia konstytucji jest OK? Bo wtedy jest zgodna z „moją prawdą”, „moim” poglądem moralnym czy systemem wartości?

Polityka, idealistycznie patrząc, jest dobrem wspólnym. Myśleniem o społeczeństwie i pracą dla niego. W praktyce jest ona jednak brutalną walką, także słowną, także prawną. Walką o władzę, walką, by rządzić. Jest brutalną retoryką, brutalnym czynem. Trzeba zohydzić przeciwnika. Po drugie, jest ona też obsadzaniem instytucji lojalnymi ludźmi. Jest przejmowaniem instytucji państwowych. Co tu dziwnego? Nie rozumiem, dlaczego kogoś dziwiło, że Prezydent Trump powołał na miejsce zmarłej liberalnej sędzi Ginsburg konserwatywną sędzię Barrett. A kogo miał powołać jako republikański prezydent? Liberalnego prawnika? Drugą Ginsburg? Tak samo z PiS. PiS przejął TK, najpierw poprzez lojalnego szefa TK i tzw. dublerów, a potem już całkiem legalnie poprzez kolejne powołania członków na nowe kadencje. Co tu dziwnego w tych powołaniach? Kogo miał powołać? Profesorów prawa czy prawników popieranych przez PO, SLD czy posła Biedronia? A jak było wcześniej? Zawsze były wpływy polityki i polityków na obsadę TK. TK jednak miał autorytet, trzymał pewną niezależność od bieżącej polityki i partii politycznych. Teraz jest inaczej. Przypadki sędziów Przyłębskiej, Pawłowicz czy Piotrowicza tak mocno pokazują ten problem.

Jest wiele innych kwestii, także filozoficznych czy etycznych, do których trzeba się odnieść. Przykładowo, czy mężczyźni powinni wypowiadać się o tym, kiedy kobieta prawnie jest zobowiązana urodzić dziecko. Przecież to nie oni zachodzą w ciążę… W społeczeństwie jest tak, że o prawach decydują obywatele i ich przedstawiciele. Zatem wykluczenie mężczyzn z debaty o takim prawie byłoby naruszeniem konstytucyjnej zasady równości wobec prawa. W tym przypadku byłaby to także dyskryminacja ze względu na płeć. A moralnie? Oczywiście, że to kobiety powinny więcej mówić i dyskutować o aborcji. I te, które są za ostrym prawem aborcyjnym, i te, które są za liberalnym prawem.

Czy można zaakceptować wulgarny język protestów proaborcyjnych i antyrządowych? Nie można. To niszczy kulturę publiczną. To daje zły przykład. „W…ć!” to jest hasło? Gdzie te piękne przykłady jak „satyagraha” Mahatmy Gandhiego w Indiach? Idea biernego oporu jest zbyt trudna? Gdzie te piękne przykłady jak wielodniowy, powyborczy opór Białorusinów? Nie zniszczyli sklepu, samochodu czy ławki. Mają wiele, często symbolicznych, pomysłów na pokazanie, że nie popierają tyrana i że są przeciw. Czy w Polsce umiemy w ogóle spierać się i prowadzić debaty? Dyskutować? Ktoś kiedyś zaśmiał się, że nawet polska konstytucja powinna w pierwszym zdaniu, w preambule, zawierać wulgaryzm: „My, k…, Naród Polski”. Co to za naród z taką kulturą? Jaką kulturę chcemy przekazać przyszłym pokoleniom? Jeśli nie da się inaczej, to źle jest intelektualnie i moralnie z potencjałem opozycji. Marnym pocieszeniem jest, że przecież protestujący na Zachodzie są jeszcze bardziej agresywni, palą auta, etc.

Czy można zaakceptować styl decydowania o prawie aborcyjnym, zaproponowany przez PiS? Nie. Nie można. Nie mieli odwagi przegłosować zmiany w Sejmie. Wykorzystano TK. A przecież, jak mówi Hołownia czy PSL, najlepiej byłoby poddać sprawę pod referendum. Niech naród zdecyduje, kiedy aborcja powinna być legalna i czy zakazać aborcji dziecka nienarodzonego, np. z zespołem Downa. Niech nawet zdecyduje, czy aborcja na żądanie w pierwszym trymestrze powinna być legalna. Niech lud postanowi, czy chce mieć Zachód lub Argentynę w swoim prawie aborcyjnym, czy z kolei woli Salwador i Honduras. Po takim referendum należy też ogłosić moratorium na wszelkie zmiany w prawie aborcyjnym przez 20 lat. Dla świętego spokoju. Oczywiście, odezwą się głosy feministek, że przecież nie można głosować nad… „prawem człowieka”, prawem kobiety, bo ona ma mieć prawo do aborcji i tyle. Pytam: jeśli naród się nie zgadza, to co? Demokracja nie pasuje wtedy? Odezwą się też głosy konserwatystów, że nie można głosować nad życiem. Pytam: a jeśli głosuje się w TK, to taka demokracja jest już OK? Każdy argument jest dobry, gdy nam pasuje…

Czy jednak protesty społeczne związane z wyrokiem TK nie są uzasadnione? Osobiście, nie popieram ich, bo nie popieram ich przywództwa (p. Lempart), stylu (ataku na religię katolicką, msze, księży i kościoły) ani nawet postulatów (nie są dla mnie jasne). Jako legalista nie toleruję rad konsultacyjnych na ulicy ani władzy zmienionej inaczej niż przez wybory. Każdy z uczestników strajków może mieć inne motywy, nie oceniam ich zachowań moralnie, to ich sprawa. Jedni są za prawem do aborcji w szerokim znaczeniu, tj. na żądanie w pierwszym trymestrze. Nie chodzi zatem tylko o aborcję eugeniczną – otworzyła się puszka Pandory po ruszeniu tzw. kompromisu aborcyjnego z 1993 r. Inni współczują kobietom mogącym cierpieć z powodu prawnej konieczności urodzenia dziecka, które umrze tuż po urodzeniu. Inni strajkujący są przeciwko rządowi i PiS. Uważają, że PiS przesadził mocno. Dla wielu osób, zwłaszcza kobiet, nowe prawo jest drakońskie. Protestują kobiety i mężczyźni, wierzący i niewierzący, popierający różne partie. Co w tym proteście jest godnego uwagi, to siła, która zmusiła PiS i sędzię Przyłębską w TK do odłożenia publikacji wyroku o 3 miesiące. Nigdy PiS tak nie wystraszył się po 2015 r. Inna kwestia godna uwagi to styl podejmowania decyzji przez PiS. Nie było referendum o aborcji, nie było debaty. Zmiana prawa aborcyjnego nastąpiła w pandemii i kuchennymi drzwiami przez TK. Władza robi, co chce. Rządzi Kaczyński, nie Sejm, rząd czy Prezydent. Protest przeciwko takiemu stylowi rządów jest słuszny. Forma i inne postulaty – niekoniecznie.

Z drugiej strony, nie może być tak, że każdy, kto zgłasza obiekcje do prawa do aborcji na żądanie czy do aborcji eugenicznej, np. z powodu syndromu Downa, jest traktowany jako „zacofany”. Nie może być tak, że trzeba wszystko, wszystkie instytucje, brać z Zachodu, bo tam „wszystko jest dobre”. Nie jest tak, że historia jest napisana raz na zawsze i jej filozofia jest odkryta raz na zawsze przez tzw. siły postępu. One też mylą się, co widać np. przy wypaczeniach dotyczących eutanazji w Holandii czy aborcji w Anglii. Dla sił postępu wszystko ma być tak, jak one chcą. Religia jest dla nich śmieszna, aborcja jako prawo jest dogmatem. Jak tu podejmować dyskusję? Ma być tak, jak ja chcę, bo inaczej was zniszczę? Jak siły postępu mają rozmawiać z tymi, którzy uważają, że religia jest ważna, a aborcja powinna być na zasadzie wyjątku?

Aborcja dzieli. Prawo aborcyjne dzieli Polskę. Trwa pandemia, a Polska walczy o aborcję np. tzw. płodów z zespołem Downa. Jeśli można jedną kwestię zostawić na koniec, to jest to idea, która przyświeca mi od wielu lat. Otóż, w Polsce mówi się albo o zakazie, albo o wolności. Nie ma nic pomiędzy. Tymczasem prawo jest czymś pomiędzy. Nie w Polsce, jak widać… Ma być albo absolutny zakaz aborcji, albo absolutna wolność aborcji. Ma być zakaz, bo życie! Ma być wolność, bo moje ciało!

Chciałbym zapytać się wszystkich tych wrażliwych społecznie, lewicowych polityków i ludzi, wszystkich liberałów oraz wszystkich tych antyaborcyjnych, prawicowych polityków i sympatyków: co zrobiliście, aby pomóc kobietom, które chcą urodzić dzieci, a są same, porzucone, bez środków albo w trudnej sytuacji? Czy umiecie tylko gadać o wolności kobiety albo o życiu dziecka nienarodzonego? Nie macie nic innego do zaproponowania? Słyszę to od 30 lat. Ta sama zgrzana płyta. To pozwala może zaistnieć w polityce, przetrwać, zmobilizować wyborców, ale nie rozwiązujemy żadnego problemu społecznego. 500 zł? To za mało. Wolności kobiety? To za mało. W obecnej sytuacji po wyroku TK trzeba wielkich nakładów państwa na dzieci urodzone z wadami, np. 5 tys. zł dla opiekuna miesięcznie. Trzeba wsparcia dla młodych rodzin lub biedniejszych rodzin, np. 2 tys. miesięcznie.

Jesteśmy w 21. wieku i aborcji nie powinno być w ogóle. Jest tyle możliwości technologicznych i medycznych, by wyeliminować aborcję, czyli wyssanie i niszczenie zarodków ludzkich. Co to za czasy, że wysysanie zarodka zastąpiło szczypce i stało się cywilizowane? I to ma być wysoce moralna cywilizacja? Sam fakt masowych aborcji oszołamia i zasmuca. Przyczyny są różne, potępić należy czyny, ale nie osoby. Jest to rocznie milion aborcji w USA, 200 tys. na Wyspach, etc. A w Polsce? Nikt nie wie realnie. Poza tym, czy aborcja to jest największy problem w Polsce?!… Czy nie ma lepszego czasu na ten temat? Aborcja, jak lustracja, to jest w Polsce od lat temat tzw. wrzutka. Tymczasem, to ważna sprawa i wymaga debaty, argumentacji i czasu, czego ani rządzący, ani opozycja nie rozumieją.

Prawo powstaje w chaosie i cynicznie, a protest przeciw prawu jest przepojony agresją lub niemocą. Prawem nie rozwiążemy problemu aborcji i żadne prawo nie będzie tu dobre. Ani konserwatywne, ani liberalne. Feministki i moralni liberałowie nie mówią o konieczności ograniczenia zjawiska aborcji, lecz o tym, że „aborcja jest OK”. Moralni konserwatyści mówią o tej konieczności, ale cieszy ich sam zapis prawny o zakazie, a nie interesuje ich tzw. podziemie aborcyjne. Nie ma tu zgody co do celu i co do konieczności. Gdybyśmy zgodzili się, że aborcja jest niepożądana społecznie i indywidualnie, można by było podjąć działania w zakresie kultury, edukacji i polityki wobec rodzin, aby ją ograniczać w praktyce i to niezależnie od zapisów prawnych o aborcji. Jednak nawet na to nie ma zgody, no, bo przecież „aborcja jest OK” albo „aborcja jest zakazana”… Nie ma budowania realnej kultury „promocji życia”, nie ma odpowiedzialnej edukacji seksualnej, nie ma kompleksowej polityki dla rodzin.

Żadne prawo aborcyjne nie załatwi problemu aborcji. Restrykcyjne prawo aborcyjne staje się symboliczne w globalnym świecie. Ograniczenia zjawiska aborcji może dokonać tylko kultura, edukacja czy polityka wobec rodzin. Nie widzę tej perspektywy w Polsce. Tylko krzyk o prawie, a milczenie o zjawisku i jego ograniczeniu. Tylko ideologie, a nie racjonalne, kompleksowe analizy.

Aborcja – jak sądzę, a patrzę na to rozumowo – „nie jest OK” moralnie, nawet jeśli jest dopuszczona prawnie. Jest to zawsze zniszczenie zarodka, nasciturusa, „tego, który ma się urodzić”. Jest to też jakaś selekcja, wybór. Im później to zniszczenie jest dokonane, tym to gorsze moralnie. Aborcja jest to – jak sądzę – zły moralnie czyn. Inaczej jednak trzeba moralnie (i pewnie prawnie) oceniać aborcję wczesną, a inaczej późną, inaczej tę z gwałtu czy biedy, a inaczej tę z powodu niechęci do posiadania dzieci, inaczej tę w sytuacji zagrożenia życia matki, a inaczej tę w sytuacji wady płodu, choć chodzi zawsze o to samo, tj. zniszczenie zarodka. Jest to obiektywne zło. Oczywiście, prawo może na to pozwalać w danym kraju, choć ocena moralna dokonana przez innych będzie różna.

Podobnie jest z selekcją zarodków, np. abortowaniem żeńskich zarodków w Indiach czy abortowaniem zarodków z wadami na Zachodzie. Jest to zawsze selekcja. Czy można dojść do innego wniosku na gruncie rozumu niż do tego o selekcji? Dokonujemy przecież selekcji, kogo chcemy, by się urodził, a co chcemy zniszczyć. Jest to złe, nawet gdy prawo pozwala. W każdym przypadku mamy jednak wybór. Mamy wybór, czy zachowamy się zgodnie z prawem czy nie. Mamy też wybór, czy dokonamy aborcji, jeśli prawo na to pozwala. To bowiem dwie inne kwestie, tj. moralna ocena a prawne dozwolenie.

Prawo nie może raczej wymuszać heroizmu, choć nieraz tak jest, np. przy prawnym obowiązku ratowania osoby w niebezpieczeństwie, np. tonącego, czy przy prawnym obowiązku urodzenia dziecka mimo możliwości śmierci kobiety, czy urodzenia dziecka chorego. Przyznajmy jednak uczciwie, że chcemy zdrowych dzieci, a nie kalek. Gdy dzieci rodzą się i są zdrowe, to jest to ważne. Chorych nie chcemy i te zarodki abortujemy coraz częściej. Kto bowiem chce mieć kalekie dziecko od urodzenia? Jest to brutalna prawda… Ale i tzw. kaleki są często kochane przez rodziców. Nota bene, nauka nie zna próżni. Operuje się już nawet zarodki i usuwa ich wady. Są tu spore możliwości dla medycyny.

W każdej kulturze były i są reguły społeczne, w tym moralne, na temat przerywania ciąży. Nie miało to nic wspólnego z patriarchatem i dominacją mężczyzn. Podobnie, istniały reguły dotyczące obowiązku utrzymania rodziny przez mężczyznę. W każdej większej kulturze prawnej czy społecznej aborcja zawsze była ograniczana, gdyż tu chodziło o życie „tego, który ma się narodzić” (ochrona dziecka) i życie rodzin czy społeczeństwa. Wciąż o to chodzi. Mimo to aborcja zawsze występowała w jakimś zakresie. Prawa aborcyjne nie są nigdy idealne, bo takich idealnych nie ma. Odzwierciedlają tylko to, co dzieje się w społeczeństwie czy polityce jako mechanizmie władzy.

No, a wyrok TK? Jest ważny. Obowiązuje. Dura lex sed lex. Twarde prawo, ale prawo. Niewiele jednak wnosi do praktycznego ograniczania zjawiska aborcji. Utrudnia wykonanie aborcji. Nie likwiduje problemu. Polki bowiem dokonują aborcji np. w Niemczech, na Słowacji czy w Wielkiej Brytanii. To kosztuje czas, organizację i pieniądze, a biedniejszych na to nie stać. Nie dotyczy to tylko sytuacji z wadami genetycznymi płodu, ale jest to szersze zjawisko i dotyczy np. wczesnej aborcji na żądanie.

Gdy jednym marzy się Christianitas, innym marzy się zapateryzm. Ani jedni, ani drudzy nie są godni, by z wysokości kanap i ekranów równać się moralnie z siostrami pracującymi w hospicjach czy domach dla samotnych matek. Marzą się wielkie ideologie, padają wielkie słowa o empatii dla kobiet czy nienarodzonych, a brakuje pracy u podstaw, prostej pomocy. Pomocy kobietom, które chcą rodzić. I pomocy tym kobietom, które chcą dokonać aborcji. Może bowiem przyczyny stojące za decyzją o dokonaniu aborcji są bardzo prozaiczne i chodzi o byt ekonomiczny czy problemy osobiste (można to zmienić przez pomoc rządową, samorządową lub pozarządową).

Prawda jest też taka, że jak ktoś chce dokonać aborcji, bo np. chce kariery, a nie dzieci, to i tak często dokona aborcji, nawet nielegalnie. Wyrok TK, choć prawnie ważny, jest w praktyce symboliczny w takich przypadkach. Padną konserwatywne głosy, że zabójstwo czy kradzież są też zakazane kodeksem karnym, a mimo to zdarzają się i podobnie jest z aborcją. Trzeba odpowiedzieć, że aborcja to jest jednak bardziej specyficzna, trudna, intymna i prywatna sfera i nawet prawo to uznaje. Polskie prawo nie karze kobiety za nielegalną aborcję, ale już lekarza – tak. Z punktu widzenia wykładanych przeze mnie filozofii prawa, nauk o kulturze czy socjologii religii, to nie jest ważne, jakie prawo jest na papierze, ale co jest tzw. żywym prawem. Nie tylko samo prawo pisane jest ważne, ale całe społeczeństwo i jego kultura.

Wiara w papierowe prawo jest jednak mocna w niektórych grupach w Polsce, choć papier jest cierpliwy. Czasem może być spalony przez gniew ludu, gdy prawo oficjalne zderza się z prawem intuicyjnym i jest rewolucja (zob. Petrażycki). Czasem papier trwa i jest formalnie ważny, choć nie ma szacunku powszechnego. Tak jest teraz. Nie bez powodu zaraz po ustnym ogłoszeniu motywów wyroku 70 % ankietowanych było niezadowolonych z wyroku TK, a tylko mniej niż 15 % wyraziło zadowolenie. Większość nie zawsze ma rację, ale wyraża pewne odczucia co do prawa. Obowiązywanie prawa a społeczna akceptacja to są inne kwestie. W demokracji sprzężenie obu tych czynników jest istotne. Niemniej, sama ważność wyroku TK nie budzi wątpliwości, choć pisanie, podpisywanie i publikowanie wyroku było farsą, skoro trwało przez trzy miesiące. Ważność wyroku nie budzi wątpliwości, choć jest sprzeciw społeczny. Co dalej, nie wiemy. Nic nie jest pewne.

Dawid Bunikowski, autor dwóch monografii o prawie i moralności, w tym o aborcji. Opinie własne i niezależne





Źródło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *