4 powody, dla których referendum ws. aborcji to absurd


1. Kto zada pytanie?

Posłanki Marcelina Zawisza (Lewica Razem) i Monika Rosa (Koalicja Obywatelska) ironizowały w mediach, że ustalane przez stronę rządzącą pytanie referendalne wybrzmi tak, by wynik był dla nich korzystny: “czy jesteś za zabijaniem dzieci?”. Już w 2003 roku prof. Maria Janion mówiła, że nad tak sformułowanym stwierdzeniem nie można głosować, a jest to retoryka tyle niebezpieczna, co rozpowszechniona. I, jak doskonale wiemy, bliska sercu aktualnej władzy.

Bardziej prawdopodobne jest jednak, że spełniłoby się referendalne przewidywanie posła Macieja Gduli, który uznał, że potencjalne pytanie byłoby bardziej wyrafinowane: “Czy jesteś za kompromisowym rozwiązaniem chroniącym niepełnosprawne dzieci nienarodzone”?

Członkowie PiS-u uważają przecież, że wykluczenie legalności aborcji embriopatologicznej wciąż jest kompromisem; wszak zostawia jeszcze możliwość usunięcia ciąży pochodzącej z gwałtu lub zagrażającej życiu matki. To, że takich aborcji oficjalnie przeprowadzono w Polsce w 2019 roku zaledwie 37 (podczas gdy z powodu ciężkich wad płodu usunięto ich aż 1074) nie ma znaczenia.

W ten sposób postawione pytania nie oddadzą rzeczywistych nastrojów Polaków. Jak przypominał Maciej Gdula, od sposobu sformułowania pytania zależy więcej niż nam się wydaje – gdy w sondażach pyta się o poparcie “aborcji na życzenie”, wyraża je 25 proc. badanych, gdy pyta się o “poparcie dla rozwiązania, gdy to kobieta podejmuje decyzję o przerwaniu ciąży, tak jak dzieje się to w innych krajach Europy”, zwolenników jest 70 proc.

To nie jest lekkie wahanie, to całkowita zmiana optyki.

2. Kto odpowie na pytanie?

W 2015 roku udział w referendum dotyczącym m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych udział wzięło niecałe 8 proc. uprawnionych. Cała inicjatywa kosztowała aż 72 miliony złotych i właściwie posłużyła tylko za pisemną opinię części Polaków – wynik referendum jest wiążący dopiero w momencie, w którym zagłosuje przynajmniej 50 proc. osób do tego uprawnionych.

Mimo iż Szymon Hołownia twierdzi, że “referendum w sprawie aborcji zakończyłoby się jej legalizacją już dzisiaj”, w przypadku frekwencji na referendum na temat aborcji prawdopodobnie byłoby podobnie.

Jak wynika z listopadowych badań SW Research dla “Rzeczpospolitej”, tylko 23,1 proc. Polaków chciałoby o aborcji decydować w referendum. Jeśli dodać do tego wyniku tych, którzy definitywnie chcą liberalizacji ustawy o terminacji ciąży (22,3 proc.) oraz tych, którzy chcą wprowadzenia wyroku Trybunału Konstytucyjnego w życie (6,4 proc.), wymagana połowa uprawnionych do głosowania zostanie przekroczona zaledwie o 1,8 proc.

Jeśli PiS sformułuje pytanie tak, by nie pozostawić pola dla wyboru istniejącego wcześniej “kompromisu”, reszta nie będzie miała po co na to referendum iść. I trudno sobie przy tym wyobrazić, by absolutnie wszyscy wymienieni wyżej pojawili się przy urnach. W efekcie oznaczać to będzie, że opinia głosujących nie będzie wiążąca, politycy wrócą do bijatyki o kobiety w błocie, a z budżetu państwa zniknie niepotrzebne 70 milionów złotych – powtórzy się sasinowa historia.

3. Kto na tym ucierpi?

Sam tryb organizacji referendum konstytucyjnego jest długi, a na przedłużaniu i odwlekaniu sprawy ucierpią wyłącznie kobiety. Ucierpią zresztą zawsze wtedy, kiedy w ich sprawach będą decydowali (również) mężczyźni.

– Uważam, że znalazłby tutaj zastosowanie model włoski – głosują tylko kobiety, i to w określonym wieku, np. między 20. a 45. rokiem życia, nie żadna młodzież ani starsze panie, ale te osoby, których takie sprawy dotyczą – mówiła w 2003 roku Wanda Nowicka, posłanka i honorowa przewodnicząca Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Trudno nie dostrzec w tym sensu, ale równie trudno brać takie rozwiązanie pod uwagę w Polsce. To w końcu kraj, w którym premierem i prezydentem (oraz Prezesem i księżmi) są mężczyźni, którym zależy na zaostrzeniu ustawy aborcyjnej. Nie dopuściliby do tego, by nie mieć prawa głosu.

4. Czy prawa człowieka mogą podlegać dyskusji?

W kwestii referendum, poza wątpliwościami dotyczącymi potencjalnie postawionych pytań i frekwencji, najważniejsze są słowa, które wypowiedział lata temu poseł Michał Kamiński z PiS-u. – Ta sprawa nie powinna być rozstrzygana w referendum, bowiem dotyczy podstawowych praw ludzkich, które nie powinny podlegać ludzkiemu osądowi – mówił.

I trudno się z tą częścią jego wypowiedzi nie zgodzić. Choć dalej przekonywał, że podstawowym prawem ludzkim jest prawo do ochrony życia jeszcze przed narodzeniem, to protestujące przeciwko wprowadzeniu okrutnych przepisów Polki, za podstawowe prawo człowieka uznają właśnie prawo do decydowania o własnym ciele i życiu.

Nie chcą, by prawa kobiet podlegały dyskusji. Nie chcą, by 70-letni staruszkowie albo/i księża mieli równe prawa głosu w kwestii ich ciąż, co one. Legalna aborcja umożliwi im możliwość podejmowania decyzji na własnych warunkach i we własnym sumieniu, co nie oznacza, że usuną ciążę, jeśli będzie ona niechciana. To oznacza tylko – i aż – tyle, że nikt nie będzie zmuszał ich do cierpienia.

Zamiast więc robić drogi cyrk, który nie będzie wobec władz wiążący, stwórzmy na nią nacisk i stańmy po właściwej stronie historii. Po stronie kobiet.

Napisz do autorki: katarzyna.chudzik@redakcjaonet.pl



Source link

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *