Między Schetyną a Trzaskowskim. Co PO zrobi z aborcją?


Czy formacja ubiegająca się o władzę może sobie pozwolić na luksus zignorowania najbardziej palącej politycznej kwestii? PO stara się schodzić z frontu aborcyjnej wojny. Ale coraz trudniej jej to przychodzi.

Od wyroku Trybunału Przyłębskiej minął ponad miesiąc. PiS konsekwentnie zwleka z jego publikacją, najwyraźniej grając na przeczekanie protestów. Te z kolei zdają się na razie dogasać, chociaż niewiele wskazuje, aby aborcyjna materia w najbliższym czasie utraciła swój wybuchowy charakter. Ewentualna legalizacja restrykcyjnego prawa raczej na pewno sprowokuje nową falę ulicznej rewolty.

Strajk Kobiet chwilowo również nie ma pola manewru. Co miał do ugrania, już ugrał. Oficjalnie deklarowane cele ruchu od początku były fikcją. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł przecież oczekiwać, że obóz rządzący weźmie sobie do serca uliczne „wypierdalać” i potulnie ustąpi. Tak samo nie ma dziś politycznych widoków na rychłą liberalizację ustawy aborcyjnej. Pod tym sztandarem na razie nie da się zmobilizować wielkich tłumów.

Aktywistki ruchu kobiecego najwyraźniej zdają sobie z tego sprawę. Raptem dwa tygodnie temu posłanki Lewicy ogłaszały wspólną ze Strajkiem Kobiet inicjatywę zbiórki podpisów pod obywatelskim projektem ustawy wprowadzającej możliwość aborcji na życzenie do 12. tygodnia ciąży. Teraz w kuluarach słychać, że najpewniej ruszy dopiero po Nowym Roku.

Czytaj też: Koniec koalicji w Senacie? PSL szuka trzeciej drogi

Głośne wystąpienie Schetyny

Mamy więc w aborcyjnym konflikcie władzy z ulicą chwiejny stan równowagi. Żadna ze stron nie czuje się dość silna, aby narzucić swoje cele. Teoretycznie to sprzyjający moment na wejście do gry trzeciej siły, co wynika z samej logiki sporu oraz ogólnego układu sił. Jak to zazwyczaj bywa w kulturowym konflikcie, został on zmonopolizowany przez siły skrajne, reprezentujące mniej (pro-choice) lub bardziej (pro-life) niszowe opcje.

Tymczasem oczekiwania dominującego społecznego środka pozostają dosyć klarowne: ponad 60 proc. Polaków najchętniej powróciłoby do zrujnowanego właśnie kompromisu. I co więcej, taka preferencja – jak mogłoby się wydawać – powinna liczyć na solidną polityczną reprezentację. Wprost odwołuje się do idei odnowienia kompromisu PSL, balansuje też na podobnym obszarze Szymon Hołownia. Przede wszystkim jednak aborcyjny kompromis wydaje się pokrywać z naturalnymi odruchami ciągle najsilniejszej po stronie opozycji, mieszczańskiej Koalicji Obywatelskiej. Niby więc wszystkie klocki do siebie pasują i wypadałoby wyciągnąć konsekwencje. W rzeczywistości sprawa wcale nie jest taka prosta.

O czym można się było przekonać przy okazji niedawnego wystąpienia Grzegorza Schetyny, który w głośnym telewizyjnym wywiadzie odciął się od postulatu aborcji na życzenie. Co samo w sobie raczej nie mogło być wielkim zaskoczeniem, w końcu odsuniętego w ubiegłym roku lidera Platformy dosyć powszechnie kojarzy się z „konserwatywną kotwicą”. W obecnym klimacie trudno sobie jednak takimi poglądami zaskarbić popularność, o czym przekonał się wcześniej chociażby były prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński. Tak samo Schetyna trafił teraz pod socialowy pręgierz zarezerwowany dla „dziadersów”. W rytualnej nawalance umknęła jednak szerszej uwadze istota jego oferty.

Polityk, który w pierwszej kolejności wezwał bowiem do poszukiwania „nowoczesnego kompromisu”, proponuje przy okazji definitywne rozstrzygnięcie aborcyjnego dylematu poprzez referendum. Na pierwszy rzut oka obydwa punkty nawet wydają się warte rozważenia, chociaż przy bliższym przyjrzeniu się kryją mnóstwo pułapek.

Czytaj też: Cezary Tomczyk nowym szefem klubu Koalicji Obywatelskiej

Kompromis aborcyjny, czyli co?

Schetyna trzeźwo zauważył, że stary kompromis legł w gruzach i raczej nie będzie do niego powrotu, co wynika z dynamiki niedawnych protestów, które – jak wiele wskazuje – na dobre już rozpaliły polityczność młodego pokolenia. Dla niego nie jest to już żaden kompromis, lecz symbol wieloletniej dominacji schodzących ze sceny konserwatywnych elit. W tej sytuacji nie ma już czego bronić. A już zwłaszcza nie może sobie na to pozwolić Platforma, od lat borykająca się z ideowym skostnieniem, ustawicznie oskarżana o „nienadążanie”, coraz śmielej okrążana i sondażowo podgryzana przez sprawniejszego w komunikacji z młodymi Hołownię.

Jak jednak miałby wyglądać ów „nowoczesny kompromis”? Hasło może brzmi ponętnie, z treścią jest gorzej. Realna przestrzeń między prawem właśnie zakwestionowanym przez PiS oraz jednoznaczną liberalizacją prawa aborcyjnego jest wyjątkowo trudna do wypełnienia. Zainteresowani tematem politycy KO przez chwilę rozważali, czy nie odkurzyć rozwiązania z lat 90. dopuszczającego aborcję ze względów społecznych. Problem w tym, że już wtedy ta przesłanka została uznana przez Trybunał Konstytucyjny (w 100 proc. zresztą legalny) za niezgodną z ustawą zasadniczą. A do tego, jak się zdaje, dzisiaj kiepsko koresponduje z rzeczywistością.

Brano też pod uwagę jako wariant alternatywny model niemiecki: kobieta może samodzielnie podjąć decyzję o aborcji, ale wcześniej musi zasięgnąć co najmniej dwóch konsultacji medycznych. To rozwiązanie uznano z kolei za zbyt śmiałe i wykraczające poza obszar akceptowalnego kompromisu.

Podobnie problematyczna okazuje się idea referendum. Bo z jednej strony to faktycznie być może jedyny sensowny sposób na wyjście z klinczu. W praktyce jednak zależałoby to od treści pytań, konkretnych wariantów do wyboru. Na to dominujący wpływ miałaby większość parlamentarna. Gdyby oczywiście jakimś cudem PiS w ogóle przystał na pomysł referendum, co samo w sobie wydaje się już mocno wątpliwe. Na prawicy od niepamiętnych czasów obowiązuje przecież kościelny dogmat, że wielkich dylematów moralnych nie wolno poddawać pod demokratyczny osąd.

Czytaj też: Wzór na skuteczną opozycję

Otoczenie Budki: ciszej nad tą aborcją

I tak koło się zamyka. Bo oceniając realistycznie, rządzący sami powinni szukać sposobu na wybrnięcie ze ślepego aborcyjnego zaułka, w którym znaleźli się na własne życzenie. Ale już wewnętrzna logika obozu Zjednoczonej Prawicy – z Kaczyńskim i Ziobrą w śmiertelnym uścisku, ale też niesłabnącą presją Kościoła – praktycznie rzecz biorąc, uniemożliwia wykonanie jakiegokolwiek kroku w tył. Co z kolei oznacza, że realnego pola gry raczej już w tej kadencji nie będzie. Opozycja może więc co najwyżej zgłaszać deklaracje symboliczne, przygotowując grunt pod przyszłe rozwiązania, mobilizując własne zaplecze, ewentualnie prowadząc wewnętrzne gry.

I tak też odczytano w Platformie wystąpienie Schetyny, który – wedle dosyć powszechnego przekonania – miał po prostu mrugnąć okiem w stronę konserwatywnego skrzydła klubu, zresztą ostatnio kurczącego się, pozbawionego przywództwa, onieśmielonego ogólnym trendem i raczej nieobecnego w obiegu medialnym. Prowadzący podjazdowe wojny z obecnym kierownictwem Schetyna najwyraźniej więc wyczuł szansę na poszerzenie własnego zaplecza i wzmocnienie się w rywalizacji o odzyskanie utraconego przywództwa.

Otoczenie Borysa Budki od początku konfliktu uważa kwestię aborcji za temat trudny. Toteż woli skupiać się na innych tematach, przede wszystkim na rozliczaniu rządzących z tego, jak sobie radzą z pandemią. Ostatnio doszła kwestia weta unijnego budżetu, pozwalająca odnowić tradycyjne proeuropejskie tożsamości liberalnego centrum. Kierownictwo szykuje również nowe ideowe otwarcie na zbliżające się obchody 20-lecia partii, które przypadają na początek przyszłego roku. Sam Budka nie jest specjalnie widoczny, a już szczególnie stara się nie wikłać w aborcyjny konflikt. Niewiele tu bowiem można ugrać, poważne jest za to ryzyko rozniecenia kulturowej wojny wewnątrz samej KO, co koniec końców musiałoby nadszarpnąć i tak już nieimponujący autorytet Budki.

Czytaj też: Męki opozycji

Wchodzi Trzaskowski

Do czego z kolei wyraźnie dąży Schetyna i, jak się zdaje, do pewnego stopnia właśnie udało mu się osiągnąć ten cel, wewnętrzna dyskusja o aborcji została bowiem wywołana. W ostatni weekend odniósł się do słów Schetyny Rafał Trzaskowski, jednoznacznie opowiadający się za swobodnym prawem kobiet do aborcji. I choć zastrzegł, że wypowiada się jedynie we własnym imieniu, była to tylko asekuracja. Prezydent Warszawy może i nie miał ostatnio dobrej passy, pozostaje jednak zdecydowanie najpopularniejszym politykiem w swoim obozie, a jego przywódcze aspiracje są powszechnie znane. Ktoś o takiej pozycji nie wygłasza prywatnych opinii, szczególnie gdy dotyczą kwestii palących.

Dosyć jednoznacznie odebrano więc w Platformie słowa Trzaskowskiego jako wezwanie do określenia się całej formacji w aborcyjnym sporze oraz szerszego otwarcia na młode pokolenie. Co w kręgu Budki przyjęto raczej cierpko, nawet jeśli wizerunek partii, ogólnie rzecz biorąc, wymagał zrównoważenia mocno nagłośnionej w mediach konserwatywnej deklaracji Schetyny. Relacje kierownictwa z Trzaskowskim są jednak dosyć chłodne. Wyraźny jest żal, że partia sporo zainwestowała w kampanię prezydenta Warszawy, zarówno w wymiarze finansowym, jak i politycznym, kosztem zejścia Budki na dalszy plan. Toteż Trzaskowski powinien być teraz „bliżej Platformy”, a przynajmniej uznawać jej aktualne pryncypia.

Pytanie, czy zostały one właściwie określone. Bo choć opór przed zajmowaniem stanowiska w kwestii aborcji akurat w przypadku PO nietrudno zrozumieć, to ogólnie rzecz biorąc, pomysł ignorowania najbardziej aktualnie palącej politycznej kwestii przez formację aspirującą do objęcia władzy wydaje się dosyć ekscentryczny. Z tej perspektywy sprzyjające pobudzeniu wewnętrznej debaty starania Trzaskowskiego i Schetyny (niezależnie od osobistych intencji) mogą się na dłuższą metę Platformie i całej Koalicji Obywatelskiej przysłużyć.

Ogólny nastrój w partii ciężko jest jednak zdiagnozować. Pandemia wyzerowała rutynowe relacje. Szeregowi posłowie przeważnie narzekają, że decyzje zapadają w wąskim gronie, a kontakty odbywają się najczęściej przez internetowe komunikatory, co nie sprzyja wymianie informacji, opinii, zwyczajowych plotek. Najczęściej więc słychać, że z poważną refleksją trzeba po prostu poczekać do następnych wyborów, dopiero ich rezultat pozwoli bowiem określić warunki brzegowe docelowych rozstrzygnięć i ewentualnego nowego kompromisu. Tymczasem nie widać jednak sposobu, jak wybrnąć z aborcyjnego pata.

Czytaj też: Między Budką a Trzaskowskim. Trudna jesień Platformy





Source link

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *