Sondaże o aborcji – wszystko zależy od tego, jak zadaje się pytanie


„66 procent popiera protesty, a 67 procent chce spełnienia postulatów protestujących. Ale jakoś z tego wyszło, że wszyscy chcą powrotu do »kompromisu«. Zabawne, jak te same dane bywają różnie interpretowane“ – mój przyjaciel Tadeusz, który bacznie obserwuje protesty Strajku Kobiet z Berlina, nie posiada się ze zdziwienia. Chodzi o sondaż United Surveys dla RMF FM i „Dziennika Gazety Prawnej z pierwszych dni listopada, którego wyniki faktycznie wydają się nie zgadzać. Z jednej strony poparcie dla żądań Strajku Kobiet, obejmujących m.in. pełny dostęp do aborcji, a z drugiej – chęć powrotu do stanu prawnego sprzed wyroku Trybunału Konstytucyjnego (aborcja nielegalna z trzema wyjątkami). Zapytani o konkretne sytuacje badani zadeklarowali poparcie dla legalizacji aborcji, gdy „kobieta po prostu nie chce mieć dziecka“ jedynie w 23,70 proc. Klasyczne „mieć ciastko i zjeść ciastko“.

Ta ambiwalencja nie jest niczym nowym. Znakomicie odzwierciedla tradycyjno-postępową twarz polskiej polityki wyrażoną w tytule klasycznego tekstu Leszka Kołakowskiego „Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą“ z 1979 roku, a jeszcze dobitniej w motcie rzeczonego artykułu: „Proszę się cofnąć do przodu“. Tyle że poza anegdotycznymi nawiązaniami są też wcześniejsze badania – a te także dawały bardzo zróżnicowane wyniki.

Jak pytać o aborcję?

Już w marcu 2017 roku OKO.press zwróciło uwagę na manipulację TVP. Frekwencyjny sukces marszu zorganizowanego przez Ogólnopolski Strajk Kobiet w pierwszy dzień kobiet po Czarnych Protestach skontrowała ona sondażem, w którym 60 proc. badanych opowiedziało się za „ochroną życia od poczęcia“. Badanie z lutego 2017 roku zleciło pracowni IPSOS Ordo Iuris. Tymczasem w listopadzie 2016 roku za zlikwidowaniem wyjątków od ustawy antyaborcyjnej – a więc za „pełną ochroną życia“ – opowiadało się zaledwie 11 proc. badanych. OKO.press postanowiło wyjaśnić tę rozbieżność:

„Zapytaliśmy w Instytucie Ordo Iuris, jakie konkretnie pytanie usłyszeli respondenci. Okazało się, że brzmiało ono tak: „Czy popiera Pan(i) pełną ochronę życia ludzkiego od momentu poczęcia?”. Na tak zadane pytanie większość badanych odpowiada twierdząco, zapewne dlatego, że moralnie naganne jest sprzeciwianie się samej zasadzie ochrony życia. Życiu należy się »pełna ochrona«, prawda?“

– analizowała wówczas Magdalena Chrzczonowicz.

W 2016 roku w badaniach dla OKO.press IPSOS pytał z kolei o zaostrzenie, liberalizację lub pozostawienie stanu prawnego bez zmian z wyjaśnieniem, co to dokładnie oznacza: „Prawo dopuszcza przerywanie ciąży w trzech przypadkach: zagrożenia dla życia lub zdrowia kobiety, ciężkiego upośledzenia lub choroby płodu, pochodzenia ciąży z gwałtu. Czy ustawę należałoby zaostrzyć, zakazując aborcji całkowicie, nie zmieniać, czy zliberalizować dopuszczając przerywanie ciąży ze względu na trudną sytuację kobiety?“.

Za zaostrzeniem było 11 proc., za pozostawieniem bez zmian – blisko połowa, czyli 47 proc., a za liberalizacją – już aż 37 proc. W badaniu CBOS z podobnego okresu na pytanie „Czy w obecnej sytuacji należy zmienić prawo o przerywaniu ciąży?“ tylko 27 proc. respondentów chciało złagodzenia, zaostrzenia ledwie 7 proc., a utrzymania status quo aż 58 proc. Co ważne, w badaniu CBOS nie wyjaśniano dokładnie, na czym polegało obowiązujące wówczas prawo.

Niekoniecznie niewinne pytania

Wróćmy do czasów dzisiejszych czyli sondażu United Surveys dla RMF FM i DGP. Tu pytania zadawano jeszcze inaczej: kwestię dopuszczalności aborcji rozbito na jedenaście sytuacji. „Zapytaliśmy Polaków o to, w jakich przypadkach prawo powinno dopuszczać – ich zdaniem – legalne przerwanie ciąży“ – opisywali autorzy.

Brzmi niewinnie? Niekoniecznie. Po pierwsze, badania, w których hipotetycznie oddaje się badanym władzę nad czyimś życiem, dają bardziej konserwatywny profil wyników niż inne formy zapytywania. I tak, na przykład, w badaniu CBOS, powtarzanym wielokrotnie w niezmienionej formie w latach 1992-2016, pytanie: „W jakim stopniu zgadza się Pan(i) lub nie zgadza ze stwierdzeniem, że kobieta – jeśli tak zdecyduje – powinna mieć prawo do aborcji w pierwszych tygodniach ciąży?“ dawało przez lata około połowy pozytywnych odpowiedzi (od 65 proc. w 1997 roku do 42 proc. w 2016 roku, ale nie jest to jednoznaczny spadek). Za to pytanie, „czy przerywanie ciąży powinno być dopuszczalne przez prawo, gdy kobieta po prostu nie chce mieć dziecka?“, które w tym samym badaniu znalazło się w 2002 roku i które wydaje się znaczyć to samo, dawało odpowiedzi znacznie bardziej negatywne, od 58 proc. do 76 proc. na „nie“.

Po drugie, w najnowszym badaniu United Surveys powielono konserwatywną formę pytań opracowaną dla badania z kwietnia 2016 roku w ramach współpracy uczelni Łazarskiego z CBOS przez studentów tej uczelni. Hipotetyczna osoba w ciąży, o której dalszym życiu mieli zadecydować badani, była „matką“ w trudnej sytuacji materialnej, ale już „kobietą“, kiedy „po prostu nie chciała mieć dziecka“. Wynikiem gwałtu lub kazirodztwa miała być „ciąża“, ale już zagrożone miało być życie „dziecka“ (chodzi zapewne o niskie szanse na żywe urodzenie płodu, a nie o zagrożenie życia dziecka urodzonego przez kobietę już wcześniej).

Co ciekawe, nawet bardzo konserwatywne słownictwo i takaż forma badania nie mogły ukryć znaczącego wzrostu poparcia dla liberalizacji dostępu do aborcji: w ciągu czterech lat przyzwolenie na aborcję, gdy „kobieta po prostu nie chce mieć dziecka“ wzrosło z 12-13 proc. do 23,7 proc.

Słowa modelują rzeczywistość

Słowa modelują rzeczywistość i w niewielu obszarach widać to lepiej niż na polu debaty o przerywaniu ciąży. „Zwrot ku bardziej konserwatywnym opiniom na temat aborcji nastąpił w latach 90. XX wieku. Mimo iż zwolennicy aborcji liczebnie dominowali nad jej przeciwnikami, różnica stopniowo malała. W przekazie mainstreamu coraz częściej pojawiały się zwroty, które przesuwały obowiązujące narracje w coraz bardziej restrykcyjnym kierunku. (…) Zdania wiele lat powtarzane w końcu stają się prawdą. Wolnościowa strona sceny politycznej, wolnościowe media odpuszczały walkę o słowa, gdy tymczasem konserwatywne zawłaszczały kolejne obszary: zarodki i płody zastąpiono najpierw »życiem poczętym«, potem »dzieckiem poczętym«, w końcu po prostu »dzieckiem«, a nawet »dzieciątkiem«“ – pisała w 2018 roku Patrycja Dołowy, artystka, aktywistka i pisarka eksplorująca m.in. temat skomplikowanego macierzyństwa.

Podobny proces miał miejsce na polu legislacji. O ile ustawa ze stycznia 1994 roku mówi o „ochronie płodu ludzkiego“, to już uchwalona po protestach w 2016 roku ustawa o wsparciu kobiet w ciąży i rodzin „Za życiem“ wprowadza zupełnie nowe sformułowanie „dziecka w fazie prenatalnej“ (które, o dziwo, choć ma rodziców, to nie jest członkiem rodziny): „Ilekroć w ustawie jest mowa o rodzinie, oznacza to odpowiednio: małżonków, rodziców dziecka w fazie prenatalnej, rodziców dziecka, opiekuna faktycznego dziecka, przez którego rozumie się osobę faktycznie opiekującą się dzieckiem, jeżeli wystąpiła z wnioskiem do sądu opiekuńczego o przysposobienie dziecka, a także pozostające na ich utrzymaniu dzieci.“

Doświadczenia aborcyjne Polek (są inne, niż się wydaje)

Co ciekawe, poglądy idą swoją drogą, a czyny swoją. W 2013 roku ukazały się głośne badania CBOS „Doświadczenia aborcyjne Polek“. Badania bardzo skomplikowane, gdyż pytano nie tylko o czyn będący w okresie prowadzenia sondażu złamaniem prawa, ale także silnie stygmatyzowany społecznie. „W opracowaniu szacowana jest liczba dorosłych Polek, które co najmniej raz w życiu przerwały ciążę. Specyfika danych wyklucza ich interpretację dla krótszych okresów, np. w kategoriach liczby kobiet, które przerwały ciążę w minionym roku. Szacunki odnoszą się do całego dotychczasowego życia, co więcej, nie mówią nic o liczbie i prawnym statusie aborcji – informują jedynie o przybliżonej liczbie pełnoletnich Polek, które się na nią zdecydowały (niekoniecznie jeden raz)“ – tłumaczyli autorzy badania. Badaniem objęto łącznie 3576 Polek, które odpowiadały w sposób zanonimizowany – prowadzący nie wiedział, na jakie pytanie padała pozytywna lub negatywna reakcja.

Wyniki zaskoczyły chyba wszystkich. Mimo zakazu obowiązującego wówczas od prawie 20 lat, od jednej czwartej do jednej trzeciej Polek miało za sobą przerwanie przynajmniej jednej ciąży (30 proc. pozytywnych odpowiedzi w przedziale ufności od 25 do 35 proc.). Odsetek osób, które przerwały ciążę, wzrastał wraz z wiekiem badanych – „Kobiety poniżej tego wieku decydowały się na aborcję prawie trzykrotnie rzadziej niż kobiety mające 35 lat i więcej (13 proc. wobec 36 proc.).“ Wbrew panującym stereotypom najrzadziej ciążę przerywały kobiety po studiach (18 proc. tej grupy badanych), a najczęściej – osoby z wykształceniem jedynie podstawowym (42 proc.). Dochody w rodzinie per capita miały znacznie mniejszy wpływ na decyzję o przerwaniu ciąży niż subiektywna ocena osobistej sytuacji materialnej (spośród osób o „złej“ sytuacji materialnej – 39 proc., a osób postrzegających swoją sytuację jako „dobrą“ – 23 proc.).

Ale najbardziej druzgoczące były odpowiedzi skorelowane z poglądami politycznymi i stosunkiem do praktyk religijnych. Otóż kobiety deklarujące się jako zwolenniczki lewicy przerywały ciążę znacznie rzadziej (27 proc.) niż popierające prawicę (36 proc.)!

Co więcej, spośród osób, które zadeklarowały udział w praktykach religijnych kilka razy lub jeden raz w tygodniu, ciążę usunęło po 28 proc., tymczasem spośród zadeklarowanych ateistek, które do kościoła nie chodziły wcale – ledwie 18 proc. Największy odsetek osób, które przerwały ciążę, znalazł się w grupie praktykujących nieregularnie, kilka razy w roku – 36 proc. (a więc Boże Narodzenie, Wielkanoc, uroczystości rodzinne itp.).

Choć prowadzący badanie interpretowali wyniki wpływem wprowadzenia zakazu przerywania ciąży, równie uprawnione są zupełnie inne wnioski: ciążę przerywają osoby, które już to z powodu poglądów, już to złej sytuacji życiowej lub braku świadomości rzadziej stosują antykoncepcję. Częściej kobiety z poukładanym już życiem rodzinnym i zawodowym, gdzie kolejna ciąża staje się problemem, niż rzekomo „szalone“ nastolatki i studentki.

I wreszcie, wyniki te zgadzają się z publicznie głoszonymi przez katolickich księży i ekspertów przekonaniami, jakoby seks był obowiązkiem kobiet. Takich np. jak w audycji „Jak być dobrą żoną w sypialni“, w której, co nagłośniło Centrum Praw Kobiet, padały sformułowania typu: „Żona nie może uważać swojego męża za agresora czy potencjalnego gwałciciela. Ma on prawo domagania się od żony współżycia seksualnego“ czy „Jeżeli wyeliminujemy doświadczenie krzyża, czyli cierpienia, to dojdzie do czegoś takiego, że tylko kiedy mam ochotę, to współżyję, a jak nie mam ochoty, to nie współżyję. I wtedy może być bardzo poważny problem.“ Jeśli jedyną dopuszczalną formą antykoncepcji jest kalendarzyk małżeński, którego partner nie respektuje, naturalną konsekwencją są niechciane ciąże.

Oczywiście najlepszym sposobem na upewnienie się, która z interpretacji jest lepiej uzasadniona, byłoby powtórzenie badania.

Kilka wiadomości dobrych dla feministek

Niecałe 30 lat temu aborcja (wówczas częściej nazywana swojskim słowem „skrobanka“) była oczywistym elementem życia. Jak przypomina sobie Barbara Labuda: „Na moją prośbę przeprowadzono bardzo porządne badania socjologiczne, w kilku miejscach. (…) W ramach tych badań, które przekazałam do Sejmu 8 kwietnia 1991 roku, w fabrykach tych zebrano około 6 tysięcy ankiet. Z tego za dopuszczalnością aborcji było 86 proc., w tym 56 proc. za dopuszczaniem bezwarunkowym, 28 proc. za dopuszczaniem warunkowym (czyli chodziło o te trzy warunki z zagrożeniem życia, uszkodzeniem płodu i ciążą z czynu zabronionego), a za zakazem było tylko 13 proc.

Podobne, choć jeszcze ostrzejsze wyniki (między 80 a 90 proc. za dopuszczalnością aborcji) wyszły w badaniach, które przeprowadziła Komisja Kobiet „Solidarności“ pod przewodnictwem Małgorzaty Tarasiewicz.“ (z wywiadu K. Kądzieli „Referendum, którego nie było“ do tomu Przebudzona rewolucja. Prawa reprodukcyjne kobiet w Polsce – Raport 2016, Fundacja im. Izabeli Jarugi-Nowackiej, Warszawa 2016).

We wrześniu 2018 roku sondażownia IBRIS na zlecenie Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny przeprowadziła sondaż „Badanie opinii dotyczące stosunku do przerywania ciąży“ . I znowu wszystko zależy od sformułowania kwestii. Na pytanie „Czy Pana/i zdaniem państwo powinno ingerować w decyzję ludzi o tym, czy, kiedy i ile dzieci chcą mieć?“ aż 72 proc. zdecydowanie zaprzeczyło, a 20 proc. uznało, że raczej nie. Zdecydowanie tak – odpowiedział zaledwie 1 proc. badanych, a raczej tak – 4 proc.

Kiedy z kolei doprecyzowano, że chodzi o uspójnienie polskich regulacji ws. aborcji z prawodawstwem innych krajów unijnych („Prawo zakazuje w Polsce przerwania ciąży poza trzema wyjątkami – zagrożenia zdrowia kobiety, ciężkiego uszkodzenia płodu, gwałtu lub innego czynu zabronionego. Zdecydowana większość krajów europejskich gwarantuje kobietom prawo do samodzielnej decyzji o kontynuowaniu ciąży bądź przerwaniu jej do 12. tygodnia. Czy uważa Pan/i, że kobieta powinna mieć możliwość samodzielnego decydowania o przerwaniu ciąży do 12. tygodnia jej trwania?“), zdecydowanie tak odpowiedziało 54 proc., raczej tak – 15 proc., raczej nie – 12 proc., a zdecydowanie nie – tylko 11 proc.

Jeżeli wyniki te zestawić z tendencją, zgodnie z którą bezwarunkowe poparcie dla decyzji kobiety o usunięciu ciąży, gdyż „po prostu nie chce mieć dziecka“, a także z protestami po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, które wciąż toczą się na polskich ulicach, to wydaje się, że czas „kompromisu aborcyjnego“ pod postacią zakazu dobiega końca. I rzeczywiście w najbliższym czasie wypełnimy motto do tekstu Leszka Kołakowskiego. Cofając się – do przodu.


Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.






Source link

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *