Aborcja w Polsce. Kompromis – największe łgarstwo III RP [OPINIA]


  • Aborcja od lat 50. do 90. była w Polsce praktycznie powszechnie dostępna
  • Zmieniło się to w 1993 r., gdy uchwalono ustawę antyaborcyjną. “Zakaz przerywania ciąży miał być dowodem wierności, świadectwem zaakceptowania nadrzędnej roli kleru wobec świeckiej władzy” – pisze autorka
  • Według CBOS ciążę przerwała z dużym prawdopodobieństwem nie mniej niż co czwarta Polka – i nie więcej niż co trzecia. Odsetek ten jest wyższy w starszych grupach wiekowych
  • Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

– Proszę mi wierzyć, niemal wszystkie pacjentki, które przychodzą do mnie i proszą o przerwanie ciąży, mówią, że gdyby jeszcze rok temu ktoś je zapytał, co sądzą o aborcji, odpowiedziałyby, że nigdy by się na to nie zdecydowały. Jednak te kobiety zostały postawione przez życie w ekstremalnej sytuacji. A wtedy człowiek inaczej widzi i inaczej postępuje, niż teoretyzując w wygodnym fotelu – mówił w 2014 r. prof. Romuald Dębski, ginekolog-położnik w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

– Żonie jednego znanego przeciwnika diagnostyki prenatalnej robiłem amniopunkcję w wielkiej tajemnicy, żonie obrońcy życia terminowałem ciążę z zespołem Downa. Pytałem: jak to jest, przecież jesteście przeciw? A oni mówili: słuchaj, to naprawdę “wyjątkowa sytuacja” – dodawał.

Sprawa aborcji w Polsce jest modelowym przykładem politycznego łgarstwa i hipokryzji, od lat akceptowanych przez prawą i centralną część sceny politycznej. Prawo kobiet do decydowania o własnej płodności, problemy społeczne prowadzące do decyzji o przerwaniu ciąży, a także los kolejnych niechcianych dzieci – te kwestie przykryto białym obrusem ściągniętym wprost z ołtarza, by udawać, że w ogóle ich nie ma.

Czytaj także: Rogowska: rewolucja to sztuka [OPINIA]

Kobiety w ofierze

Pomysł, by przehandlować prawa kobiet i humanistyczną wizję świeckiego państwa w zamian za poparcie Kościoła katolickiego, towarzyszył budowaniu III RP od początku. Mimo że ówczesny prymas Polski kard. Józef Glemp był jednym z hamulcowych ruchu Solidarności, Kościołowi udało się przeforsować w świadomości społecznej mit o jego ogromnej roli w „obalaniu komuny”.

Kler jako obowiązującą ustanowił narrację, w której jest niezbędnym sojusznikiem nowej władzy. Wszyscy politycy nowo wybranego Sejmu – od prawa do lewa – musieli się pogodzić z tym układem, choć niektóre jego postulaty nie miały nic wspólnego z rzeczywistymi nastrojami społecznymi. Zakaz przerywania ciąży miał być dowodem wierności, świadectwem zaakceptowania nadrzędnej roli kleru wobec świeckiej władzy.

Mówił o tym choćby Mikołaj Kozakiewicz (wówczas poseł PSL, profesor socjologii i popularyzator antykoncepcji) podczas jednej z sejmowych dyskusji poprzedzających przegłosowanie ustawy antyaborcyjnej z 1993 r.: – Ale są również ludzie, którzy są przekonani, (…) że (w zaostrzeniu prawa aborcyjnego – red.) chodzi o stworzenie precedensu prawnego, zanim nowa konstytucja określi stosunek państwa i Kościoła. Poprzez ten precedens prawo państwowe stałoby się podporządkowane moralnej nauce Kościoła. Gdyby taki precedens został zatwierdzony przez Sejm – powiadają – dalsze analogiczne prawa, tkwiące korzeniami w religii i w Kościele, miałyby znacznie ułatwiony poród.

Prorocze to były słowa.

Temat tabu

Jak szacuje obecnie Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Polki dokonują rocznie co najmniej 80-150 tys. aborcji – w Polsce i za granicą. Z kolei organizacje anti-choice sugerują, że skala zjawiska jest znacznie mniejsza i sięga maksymalnie kilkunastu tysięcy rocznie.

Najnowszy dostępny raport CBOS „Doświadczenia aborcyjne Polek” to dokument sprzed siedmiu lat – jednak pochodzące z niego dane każą sądzić, że bliższa prawdy jest Federacja. Według CBOS ciążę przerwała z dużym prawdopodobieństwem nie mniej niż co czwarta Polka – i nie więcej niż co trzecia. Potwierdzają to głosy osób mających bezpośredni kontakt z kobietami zainteresowanymi zabiegiem: aborcje są w Polsce powszechne, lecz polityczny klimat wciąż nakazuje utrzymywać temat w sferze tabu.

Przyznać jednak trzeba, że spore znaczenie w sondażu CBOS miał wiek ankietowanych. Najczęściej doświadczenie aborcji miały za sobą kobiety w grupie 55-64 lata, których “szczyt reprodukcyjny” przypadał na lata 70. i 80., gdy aborcja była legalna i powszechna – wedle szacunków demografów (publikacje Marka Okólskiego i Zbigniewa Smolińskiego) badających rzeczywistą liczbę aborcji w latach 70. mogła ona wówczas wynosić nawet 450 tys. rocznie. Dlatego w badaniu CBOS odsetek osób z doświadczeniem aborcyjnym wynosił w tej grupie wiekowej aż 42 proc.

W grupie 35-44 lata było to już tylko 33 proc.. W najmłodszej grupie, 18-24 lata – a więc osób, które weszły w dorosłość długo po zaostrzeniu prawa aborcyjnego – doświadczenie aborcji miało za sobą 10 proc. kobiet.

Wyników tych nie można jednak bezpośrednio wiązać z wprowadzeniem zakazu aborcji w 1993 r. Po pierwsze, dlatego że spadek odsetka kobiet, które przerwały ciążę, w młodszych grupach wiekowych mógł być skutkiem upowszechnienia się skuteczniejszych metod antykoncepcji wraz z otwarciem rynków po transformacji. Jeśli chodzi o środki hormonalne dla kobiet, w PRL główną przeszkodą w ich zdobyciu było to, że produkcja krajowa pozostawała na bardzo niskim poziomie, import zaś nie był możliwy w szerszym zakresie.

Po drugie, statystycznie rzecz biorąc, z wiekiem wzrasta prawdopodobieństwo niechcianej ciąży, a tym samym doświadczenia aborcji. Mówiąc prościej, młode kobiety mogły jeszcze „nie zdążyć” znaleźć się w takiej sytuacji, więc odsetek osób po aborcji w starszych grupach wiekowych zwykle jest wyższy.

Faktem jest jednak, że trudno dziś określić dokładną liczbę wykonywanych rocznie aborcji – od czasu gdy została zalegalizowana w 1956 r. Wówczas zezwolono na aborcję z powodu trudnej sytuacji życiowej kobiety, lecz w praktyce lekarze często odwodzili ciężarne od tego zamiaru lub odmawiali zabiegu, powołując się na niespełnienie przez nie ustawowych warunków. Za odmową wystawienia zaświadczenia potrzebnego do refundacji aborcji najczęściej szła propozycja prywatnej wizyty i zabiegu za pieniądze.

Ponieważ władzy trudno było dłużej ignorować społeczne doniesienia, że ustawa z 1956 r. nie wyeliminowała problemu, jakim była przede wszystkim skala nielegalnych, przeprowadzanych często przez osoby niewykwalifikowane aborcji, skutkujących powikłaniami – zdecydowano się na kolejną zmianę.

Tak, w poststalinowskiej Polsce Ludowej władze uwzględniły dobro kobiet, ich rzeczywistą sytuację oraz zdolność do samodzielnego podejmowania decyzji o tym, czy są zdolne urodzić dziecko, czy nie. Poprawka z 1959 r. zniosła konieczność uzyskania lekarskiego zaświadczenia o trudnej sytuacji życiowej – wystarczyło ustne oświadczenie ciężarnej, co w dużym stopniu uniezależniło dostęp do aborcji od statusu materialnego czy lekarskiego widzimisię.

Powszechność aborcji korelowała z poparciem społecznym dla ówczesnego liberalnego prawa aborcyjnego – w grudniu 1977 r. Polskiemu Komitetowi Obrony Życia, Rodziny i Narodu udało się zebrać jedynie ok. 12 tys. podpisów pod wnioskiem do Sejmu PRL o zniesienie ustawy. Przedsięwzięcie to nie miało żadnych szans powodzenia, nawet inicjatorzy akcji zbierania podpisów przyznali, że miała ona na celu głównie zwrócenie uwagi opinii publicznej, której kwestie aborcyjne po prostu nie zajmowały. Do czasu transformacji.

Czytaj także: Ile aborcji z powodu uszkodzenia płodu dokonuje się w Polsce?

Ustawa ZChN

Dla Kościoła nigdy nie były istotne dramaty setek tysięcy Polek, chodziło o to, by przetestować wierność sojuszników politycznych. Jeszcze przed ostatecznym głosowaniem nad ustawą antyaborcyjną, w 1992 r., kard. Glemp podczas świątecznego kazania porównał kobiety skłonne dokonać aborcji do „pijaków i narkomanów”, którzy również nie chcą, by ograniczać ich wolności.

Przekaz Kościoła dla polityków był jasny: kto nie z nami, ten przeciw nam. Prace nad ustawą „o ochronie prawnej dziecka poczętego” rozpoczęły się zresztą znacznie wcześniej, bo już w końcówce lat 80. – brali w nich udział eksperci z Komisji Episkopatu Polski ds. Rodziny. Od początku narzucono więc pochodzący z nauki Kościoła, niezgodny z polskim porządkiem prawnym język ustawy, zawierający określenie „dziecko poczęte” – termin nieprzystający do współczesnej wiedzy medycznej. W naukach przyrodniczych nie mówi się bowiem o poczęciu, lecz o zapłodnieniu, a następnie zygocie, zarodku i płodzie.

Proces rozwoju życia ludzkiego jest ciągły, nie da się arbitralnie stwierdzić, kiedy miałoby nastąpić owo poczęcie. Co więcej, natura eliminuje znaczną część rozwijających się zarodków jeszcze przed ich zagnieżdżeniem się w jamie macicy. Czy i te podzielone komórki należałoby nazywać dziećmi, mimo że duża ich część wypływa wraz z krwią menstruacyjną, bez świadomości „matki”? Nauka nie dostarcza tu jasnych wytycznych. Projekt ustawy procedowany w polskim Sejmie, teoretycznie świeckim, po dziś dzień zawiera więc pojęcie, którego nie da się w ogóle zdefiniować. Prawnicy określają takie dokumenty jako buble.

Mimo wszystko nad owym bublem dyskutowano w Sejmie godzinami. O to, by żądania kleru zostały spełnione, zadbał ówczesny marszałek Sejmu, szef Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, Wiesław Chrzanowski, którego partia jednomyślnie poparła delegalizację aborcji.

Gdy w Sejmie debatowano, pod jego siedzibą ludzie zaczęli protestować przeciw zaostrzeniu prawa. Pod wnioskiem o referendum w sprawie aborcji podpisało się aż 1,7 mln osób – w czasach przed rozwojem internetu, gdy skrzykiwanie się komitetów zbierających podpisy nie było tak proste jak dziś, to wręcz gigantyczna liczba. Niestety, wobec braku ustawy o inicjatywie obywatelskiej (ta zaczęła obowiązywać dopiero w 1997 r.) głosy obywateli zostały zwyczajnie wyrzucone.

Pomysł, by z przerywaniem ciąży wrócić do podziemia i dać Kościołowi upragnioną fikcję, będącą świadectwem jego znaczenia, zyskał poparcie nie tylko chadeków, ale również większości polityków Unii Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego czy Kongresu Liberalno-Demokratycznego.

Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży w praktyce zakazała aborcji, z wyłączeniem trzech sytuacji: gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub poważne zagrożenie dla zdrowia matki, w przypadku poważnego podejrzenia, że ciąża jest wynikiem czynu zabronionego, oraz w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu (tzw. przesłanka embriopatologiczna). Mimo niemal jednomyślnego sprzeciwu partii lewicowych (SLD, UP) ustawa została przeforsowana 42 głosami.

Co ciekawe, przeciwko ustawie głosowało wielu polityków centrowych z UD, PSL czy KLD (m.in. Marek Balicki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Janusz Onyszkiewicz, Donald Tusk czy Waldemar Pawlak). Niestety, ani oni sami, ani ich polityczni następcy nie zdołali później, nawet będąc przy władzy, wyzwolić się spod dojmującego wpływu Kościoła, by choć odrobinę zliberalizować prawo.

Ich tarczą przed opinią publiczną na zawsze pozostało magiczne sformułowanie „aborcyjny kompromis”. Brzmiało ono znacznie lepiej niż bardziej prawdziwe „w tej sprawie nie mamy nic do gadania”.

Tymczasem prawo ustanowione w 1993 r. nie było żadnym kompromisem – ten z definicji powinien być rozwiązaniem choćby w przybliżeniu pośrednim – lecz faktyczną delegalizacją aborcji w Polsce. Jak bowiem pokazują dzisiejsze statystyki, odsetek zabiegów dozwolonych jest co najmniej stukrotnie niższy niż faktyczna liczba aborcji dokonywanych rocznie przez Polki. Ostatecznie ustawę podpisał 15 lutego 1993 r. prezydent Lech Wałęsa.

Krótka odwilż

Dyskusja o aborcji, wobec znów podnoszonego problemu podziemia aborcyjnego, nie schodziła jednak z sejmowych korytarzy. Posłowie, dla których zakończenie kolejnego w dziejach RP “piekła kobiet” było ważniejsze niż wygodny układ z Kościołem, podejmowali próby składania w Sejmie projektów przywracających do ustawy przesłankę społeczną. Zrobiła to posłanka SLD Izabella Sierakowska, a później jeszcze poseł Unii Demokratycznej Andrzej Wielowieyski. Niestety, żadne z tych działań nie miało wówczas szans powodzenia.

Jednak w 1996 r. rządy sprawowała już koalicja SLD-PSL – tym razem udało się więc dodać do ustawy antyaborcyjnej kluczowy wyjątek „ciężkich warunków życiowych”. Tyle że ustawa z dodatkową przesłanką społeczną przetrwała niecały rok – w maju 1997 r. Trybunał Konstytucyjny, któremu szefował znany z konserwatywnych poglądów prof. Andrzej Zoll, orzekł, że aborcja ze względów społecznych jest „niekonstytucyjna”.

Mimo że w potransformacyjnych czasach tysiące rodzin żyło poniżej progu ubóstwa – bezrobocie oscylowało wtedy w okolicach 13 proc. – powiernicy „moralnego depozytu” po raz kolejny zignorowali los kobiet, szczególnie krzywdząc te, których nie było stać na wizytę u “wywołującego miesiączkę” pana doktora.

Od tamtej pory podjęto jeszcze kilka prób zmiany prawa aborcyjnego. Jedną z głośniejszych był projekt obywatelski „Stop aborcji” przygotowany w 2016 r. przez organizację Ordo Iuris. Jego głównym postulatem była możliwość karania za aborcję również kobiet – pod tym barbarzyńskim pomysłem podpisało się 400 tys. osób.

Projekt wzbudził ogromny opór społeczny, Czarne Protesty organizowane przez aktywistki Strajku Kobiet odbyły się w niemal 150 miastach. Ostatecznie projekt został odrzucony przez Sejm – kolejny zaś, „Zatrzymaj aborcję” Kai Godek, przeszedł wprawdzie pierwsze czytanie, lecz został dyplomatycznie zamrożony w sejmowych komisjach.

Niestety, tegoroczne polityczne osłabienie Zjednoczonej Prawicy spowodowane wcześniejszymi wewnątrzkoalicyjnymi wojnami wymagało najwyraźniej nowych ofiar. 22 października 2020 r. Trybunał Konstytucyjny z politycznego nadania, którego prezeską jest dobra znajoma Jarosława Kaczyńskiego, Julia Przyłębska, zniósł przesłankę embriopatologiczną, każąc polskim kobietom rodzić nawet płody zdeformowane, skazane na śmierć na skutek wad letalnych. Aborcyjna schizofrenia – teraz jeszcze pogłębiona – trwa więc w najlepsze.

Edukacja zamiast penalizacji

O tym, jak nieskuteczną metodą jest penalizacja, świadczą też dane z zagranicy. Stosunkowo niewielkim (choć nie radykalnie mniejszym) odsetkiem aborcji mogą się pochwalić te kraje europejskie, gdzie edukacja seksualna stoi na wysokim lub choćby wystarczającym poziomie (i nie zrujnowały jej jak w Zjednoczonym Królestwie kiepskie pomysły na politykę socjalną).

Przykładem jest Norwegia – tu odsetek aborcji wynosił w 2017 r. 10,6 (na 1 tys. kobiet w wieku 15-44 lata), Holandia – 8,6, Hiszpania – 10,5 (w 2014 r.), Niemcy – ok. 9, Francja – 15,3, Słowacja – 13,9. Dla porównania w Rumunii i Bułgarii, gdzie edukacja seksualna oceniana jest jako niewystarczająca, odsetek aborcji wynosił w 2013 r. (to najnowsze dane) 20,4. Z kolei na Węgrzech wynosił on wtedy 17,4. Ogólnie rzecz biorąc, nie są to wielkie różnice. Tak po prostu jest – zawsze pewna liczba kobiet w wieku reprodukcyjnym zdecyduje się na aborcję i wydaje się, że w większym stopniu zależy to od poziomu życia czy opieki okołoporodowej niż od prawa aborcyjnego.

Potwierdza to liczba kilkuset tysięcy nielegalnych – i przez to niebezpiecznych – aborcji w krajach Ameryki Południowej; przerywanie ciąży jest zabronione niemal na całym kontynencie. Organizacje feministyczne od lat alarmują o wysokim odsetku śmierci spowodowanych przez powikłania na skutek źle przeprowadzonych aborcji.

W Polsce wobec istnienia jedynie szacunkowych danych dotyczących aborcji rzeczywistego ich współczynnika zmierzyć się nie da – niemożliwa zatem jest ocena, jakie rozwiązania socjalne, edukacyjne czy prawne lepiej się sprawdzają w zapobieganiu aborcjom. Strategicznie rzecz biorąc, zatroskani o los „nienarodzonych dzieciątek” ustawodawcy sprzed 27 lat zabili możliwość prowadzenia w tej dziedzinie rzetelnych badań czy analiz. A nie da się zaradzić problemowi, nie znając jego skali – nie wiedząc nawet, czy narasta, czy wręcz przeciwnie.

Aborcyjne wycieczki to standard

Jeśli chodzi o aborcje dokonane w Polsce – przypomnijmy, że w naszym kraju za wykonanie zabiegu grozi lekarzowi kara nawet dwóch lat więzienia – niemożliwe jest oszacowanie ich liczby. Koszt to od 2,5 do 4 tys. zł (zależnie od lokalizacji). Warto jednak pamiętać, że gdyby wykonujący aborcję ginekolog został przyłapany na procederze, pacjentki mogłyby zostać wezwane jako świadkowie w sprawie i niejako zmuszone do tłumaczenia się z własnej aborcji przed organami ścigania. Dlatego dziś, gdy przekroczenie większości europejskich granic nie nastręcza trudności, znacząco wzrosło zainteresowanie bezpieczną i legalną aborcją poza terytorium kraju.

Nie bez znaczenia jest też komfort. Polki dokonujące aborcji za granicą podkreślają, że były tam traktowane przez personel medyczny w sposób podmiotowy, jako osoby mające prawo podjąć decyzję, czy chcą urodzić dziecko, czy nie. Standardem za granicą jest szacunek dla pacjentki i brak umoralniających sugestii czy komentarzy.

Aborcja w krajach UE jest zwykle bezpłatna, w ramach ubezpieczenia medycznego – jednak osoby z innych krajów, a więc również z Polski, muszą za nią zapłacić. Pieniądze wydają się obecnie największą przeszkodą w przerywaniu ciąży – wykluczają możliwość dokonania aborcji przez osoby często najbardziej jej potrzebujące, te w trudnej sytuacji materialnej. Warto dodać, że warunkowany statusem materialnym dostęp do usług medycznych jest charakterystyczny dla krajów z gospodarką silnie liberalną. Zakaz aborcji poniekąd włącza Polskę do tego niechlubnego grona.

Aktywistki z Aborcyjnego Dream Teamu przyznają, że większość dzwoniących pod ich numer szuka informacji na temat możliwości przerwania ciąży za pomocą tabletek, które zamawia się w internecie (pomagają w tym zagraniczne organizacje Women on Web lub Women Help Women). To tańsza forma aborcji – sugerowana darowizna na rzecz organizacji pozarządowej to ok. 90 euro. Istniejąca od grudnia 2019 r. inicjatywa „Aborcja bez granic” oferuje z kolei pomoc finansową dla Polek, których nie stać na aborcję. Jest to możliwe dzięki wsparciu zagranicznej organizacji Abortion Support Network.

Sondaże sobie, życie sobie

Ktoś powie, że zbadaniu, na ile „prawo okazuje się wychowawcze”, służą jeszcze sondaże. Jednak, choć „oficjalne nakazy i zakazy mogą rzutować na to, co sami uważamy za moralne, dopuszczalne, przyzwoite – jak zauważyli autorzy wspomnianego już badania CBOS dotyczącego aborcyjnych doświadczeń Polek – niewykluczone, że kontekst prawny często nie tyle kreuje poglądy, ile prowokuje do uległości, wymuszając deklaracje społecznie poprawne”. Co więcej, przegląd wyników ankiet z ostatnich lat pokazuje, że wiele zależy od tego, kto wykonuje, a jeszcze bardziej kto zleca badania i jak formułuje się pytania.

Spójrzmy: 2016 r., badanie IPSOS dla OKO.press – 47 proc. respondentów opowiedziało się za pozostaniem przy obecnie obowiązujących regulacjach, 37 proc. stwierdziło, że ustawa aborcyjna powinna dopuszczać przerywanie ciąży ze względu na trudną sytuację kobiety, a 11 proc. było za zaostrzeniem ustawy.

2019 r., Kantar na zlecenie „Gazety Wyborczej” – aborcję z wyboru (do 12. tygodnia ciąży) popiera aż 58 proc. Polaków, a sprzeciwiało się jej 35 proc..

Również w 2019 r., w badaniu zleconym przez „Rzeczpospolitą”, a wykonanym przez IBRiS, 49,9 proc. respondentów opowiedziało się za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, 28,7 proc. było za ułatwieniem dostępu do aborcji.

Natomiast zaledwie sześć lat wcześniej, bo w 2013 r., z sondażu CBOS wynikało, że „75 proc. Polaków uważa, że aborcja jest zawsze zła i nigdy nie może być usprawiedliwiona”.

Przykłady te uwidaczniają słabą skuteczność mierzenia aborcyjnych nastrojów sondażami. Rozmijanie się wyników sondaży i wygłaszanych publicznie opinii potwierdzają wypowiedzi osób, które zetknęły się z doświadczeniem aborcji zawodowo lub prywatnie. Z obserwacji Justyny Wydrzyńskiej z Aborcyjnego Dream Teamu wynika, że Polki nie są skłonne przyznawać się do aborcji nawet przyjaciółkom – dlatego wiele osób może mieć wrażenie, że zabieg ten jest wśród polskich kobiet rzadkością.

Podobne wnioski ma Paulina, jedna z dziewczyn, które opowiedziały mi o swojej aborcji za granicą: – Języki rozwiązują się koleżankom zwykle dopiero po moim aborcyjnym coming oucie. Wtedy, często też pod wpływem alkoholowego rozluźnienia, przyznają się, że również przerwały ciążę.

Podsumowując, pytanie o aborcyjne opinie ogółu społeczeństwa wydaje się raczej bezzasadne. Zdanie o aborcji bezdzietnego starszego pana – jak dziś mówi młodzież, dziadersa – niemającego wielkiego wyobrażenia o problemach trapiących wielodzietną matkę czy 20-letnią studentkę, może pozostać niezmiennie negatywne przez całe jego życie. Co więcej, badania CBOS wykazały, że „co najmniej jednokrotne przerwanie ciąży częściej deklarują kobiety gorzej wykształcone, niezadowolone ze swojej sytuacji materialnej, mające prawicowe poglądy i praktykujące religijnie”.

Mogą wśród nich być osoby, które zmieniły przekonania wraz z rosnącą z wiekiem religijnością – czy jednak przełożyłaby się ona na ich wybory, gdyby znów mogły zajść w ciążę? Postulowana negatywna opinia większości społeczeństwa o liberalizacji aborcji nie musi więc w żaden sposób przekładać się na wybory życiowe grupy niestanowiącej nawet jego połowy.

Niestety, brakuje badań, które przedstawiałyby opinie danej grupy wiekowej. Ciekawe, jak wypadłyby one wśród starszej młodzieży szkolnej i studentów na jesieni 2020 r. Młodzi ludzie, wychowani w czasach swobodnych podróży do cywilizowanej części Europy, mający nieskrępowany dostęp do internetu, doskonale wiedzą, jak przestrzegane są prawa kobiet na Zachodzie, i nie dadzą sobie tak łatwo wciskać kitu. O ile starsze pokolenia, karmione przez lata mitem o monopolu Kościoła na moralność, w większości łykały bajeczkę o „kompromisie”, o tyle w przypadku młodszych zabieg „więcej papieża w podręcznikach” może już wywołać głównie gniew, a w najlepszym razie pełne politowania uśmieszki.

Drżyjcie, dziadersi.

Tekst ukazał się w tygodniku “Przegląd” nr 46/2020.

Foto: Przegląd


“Przegląd” nr 46/2020

(mt)



Source link

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *